Epoka Zygmunta Balickiego to czas, w którym święciła triumfy organicystyczna filozofia Spencera, zaś stosunkowo niesplamiony krwią socjalizm zdawał się stanowić ożywczy powiew świeżości na nieco już zatęchłej scenie politycznej Zachodu. W związku z tym ówcześni powszechnie sądzili, iż wszelki rozwój w dziedzinie kultury czy cywilizacji leży w obszarze szeroko rozumianej doktryny „postępu”. Więc tylko „postępowość” może być twórcza. Konserwatyzm (rozumiany, jako wszelka zachowawczość w dziedzinie polityki niż konkretna doktryna) ukierunkowany na zachowanie tego, co przeszłe wszelką postępowość wyklucza, jest więc doktryną wsteczną.
Balicki w swoim artykule „Czynniki zachowawcze i postępowe” obala tę obiegową opinię i wskazuje, iż trwały i pożyteczny rozwój narodu możliwy jest tylko w oparciu o wieloletnie tradycje. Aby uzasadnić swe twierdzenie przywołuje przykłady dwóch narodów, które w minionych stuleciach budowały swoją nowoczesność: Japonię i Francję. Japonia przyswoiła sobie wszelkie atrybuty społeczeństwa nowoczesnego w ciągu 30 lat, przechodząc przyspieszony kurs historii od średniowiecza aż do XX w. Jednak kanon wierzeń, obyczajów i norm społecznych pozostawiono niewzruszony – wartości te pozwalają narodowi zachować równowagę pomimo burzliwych przemian i kryzysów. Dziedzictwo historyczne Japończyków jest ich drogowskazem na drodze rozwoju. Balicki nazywa to zjawisko „twórczością zachowawczą”.
We Francji natomiast odmiennie: rewolucja wszelkie elementy dotychczasowego dorobku zamknęła w skrzyni z napisem „ancien regime” i wyrzuciła na śmietnik historii, zastępując je mętnymi twierdzeniami o wolności, równości i braterstwie. Jak wskazuje autor, ze starego systemu pozostawiono zaś rzeczy najmniej tego godne: statolatrię oraz urzędniczą inercję. Toteż historia nowoczesnej państwowości francuskiej przeplatana jest cyklicznymi okresami chaosu.
Tymczasem na ziemiach polskich – pozbawionych podmiotowości politycznej – dyskurs nad postępem i zachowawczością koncentrował się na jałowym przeżuwaniem pustych sloganów bezmyślnie importowanych z Zachodu. Pamiętać trzeba, iż ostatnim środowiskiem reprezentującym polski interes polityczny był Hotel Lambert, który rozpadł się po śmierci ks. Adama Jerzego Czartoryskiego. Debata polityczna uległa petryfikacji i skupiała się na formach zewnętrznych. Przy czym konserwatyzm wypaczył się do bezalternatywnego wyeliminowania jakiejkolwiek twórczości i nowatorstwa, a postępowość do bezrefleksyjnego powielania rozwiązań zachodnich – i to tych najmniej sprawdzonych, za to najbardziej krzykliwych. Jak widać klimat lat 70. i 80. XIX w. bardzo przypominał współczesną epokę – z dwóch biegunów historycznego podziału, tak naprawdę, żaden nie miał pomysłu na Polskę. Podczas gdy jedni szerzyli jałowe nowinkarstwo, drudzy w reakcji odgrywali rolę totalnej opozycji, jako panaceum na wszelkie bolączki, oferując zabójczy na dłuższą metę trójlojalizm..
Według Zygmunta Balickiego praca narodowa w warunkach braku choćby ułomnej podmiotowości politycznej ma wybitnie konserwatywny charakter – jej istotą jest pieczołowite podtrzymywanie tożsamości i dziedzictwa kulturowego. Skoro nie można żyć współczesnością, trzeba żyć przeszłością – w tym sensie, iż należy za wszelką cenę zachować wszystko, co wzmacnia poczucie wspólnoty, podtrzymuje istnienie narodu i zachowuje jego moralną siłę, tak aby w sprzyjających okolicznościach pracę reformatorską móc podjąć z maksymalną skutecznością.
Dzieje się tak, ponieważ naród jest wspólnotą nie tylko obecnie żyjących, lecz jest długim łańcuchem pokoleń, obejmującym zarówno tych, którzy odeszli, jak i tych, którzy dopiero się narodzą. Żadne z pokoleniowych ogniw tego łańcucha nie może uzurpować sobie prawa podejmowania decyzji za wszystkie pozostałe. Dziedzictwo narodu jest równorzędną własnością wszystkich generacji. Toteż wszelkie rozwojowe przemiany muszą wynikać z dokonań poprzedników i umożliwić kontynuowanie następcom. Tak pisał sam Balicki:
„Społeczeństwo […] rozwija się czy postępuje jedynie i wyłącznie przez doskonalenie i wzbogacanie swej organizacji fizycznej i duchowej. […]Doskonalenie odbywa się przez narastanie form nowych, drogą rozwoju już istniejących, a w społeczeństwie normalnym dokonywające się przeobrażenia nie mają nawet dla pokoleń współczesnych charakteru czegoś nowego; na zewnątrz tylko, w perspektywie czasu i przestrzeni, wyrastają formy rzeczywiście nowe, przyczyniające się do wzbogacenia dorobku ludzkości.”
Widzimy tu więc wykładnię ewolucjonizmu godną Edmunda Burke’a. Balicki sytuuje się w tym obszarze za pośrednictwem pozytywistycznej myśli Herberta Spencera, na którego poglądy Burke’a wywierały silne oddziaływanie. Pierwsze pokolenie polskich narodowców, do którego zaliczał się i Zygmunt Balicki, kształtowało swe poglądy pod przemożnym wpływem pozytywizmu. W orbicie tej nie występowało pojęcie Boga, jako źródła moralności nadrzędnej. To naród jest źródłem, w którym jednostka znajduje wszelkie wartości. Narody, jako organizmy żywe, konkurują ze sobą zgodnie z prawami natury – silniejszy musi ulec słabszemu w brutalnej walce o przetrwanie. Oczywiście jest to koncepcja niezgodna z narodowym radykalizmem. Naród nie może stanowić wartości absolutnej – chociażby dlatego, iż jest bytem, który ma swój początek i koniec w historii.
Bardzo ciekawym zagadnieniem, które porusza Balicki jest kultura i realizm polityczny. Kultura polityczna wyraża się w charakterze programu, ścisłości myślenia politycznego, poziomie prasy, tonie polemiki i doborze metod walki politycznej. Realizm zaś polega przede wszystkim na trafnej ocenie faktów i położenia. Realistycznie myślący polityk dobiera sobie cele w poczuciu głębokiej odpowiedzialności za podejmowane działania. Bierze w rachubę tylko to, co może być osiągnięte, unika przesady i odrzuca złudzenia. Każdy kolejny krok podejmuje, mając na uwadze jego zgodność z celem ostatecznym.
Balicki zauważa, iż powyższe wskazania charakteryzują wytrawnego politycznego gracza, gdyż ich ukształtowanie wymaga ogromnego doświadczenia, gromadzonego przez dziesięciolecia działalności publicznej.
Tym niemniej zostały one zepchnięte w domenę konserwatystów, jako ich staroświecki już nieco atrybut. Znamionami nowoczesności i postępowości w polityce miałoby być odrzucenie tych „staroświeckich” zasad etycznych. Ich miejsce mają zastąpić demagogia i wszechobecna brutalność, które usprawiedliwia się płomiennością idei, prawami postępu czy koniecznością dziejową. Zrozumiałe staje się więc stosowanie przemocy przez ugrupowania PPS, SDKPiL itp. Działacze tych partii wprost głosili, że obiektywne dobro i zło nie istnieje – dobre jest to, co służy rewolucji. Dlatego też np. bojownicy PPS-u w celu pozyskania funduszy napadali na przedsiębiorców i fabrykantów z bronią w ręką – i to nie tych wyzyskujących robotników, tylko tych, którzy najbardziej o nich dbali – tak aby wbić klin między klasę robotniczą a „burżujów”. A jeżeli fabrykant straci płynność finansową i będzie musiał wyrzucić swych robotników na bruk? Tym lepiej – ich nastroje rewolucyjne wzrosną! Tak rozumiana „postępowość” znalazła swój punkt kulminacyjny w rewolucji 1905 – ’07, gdy mordy polityczne i napady były codziennością, a policja carska interweniowała sporadycznie.


























