Przed wojną wielu publicystów krytycznie odnosiło się do tradycji Rzeczpospolitej szlacheckiej, takowa ocena jest popularna w środowiskach narodowych również i w chwili obecnej. Gdzie szukać przyczyn? Czy tylko w grzechach naszych przodków? Zagadnienie jest tak szerokie, iż można by mu poświęcić wiele tomów i z konieczności artykuł niniejszy jest jedynie przyczynkiem do dalszej dyskusji.

Historia trzech wieków Rzeczpospolitej elekcyjnej, to jedna wielka zbrodnia, dokonywana przez szlachtę na narodzie polskim, ręka w rękę z Żydami.  – Takie oto słowa można znaleźć w pracy Wczoraj i jutro Jana Mosdorfa.

Zaskakujące, jak bardzo opinia ta jest zgodna z punktem widzenia współczesnej liberalnej lewicy.  Tym bardziej, że celem jednych jest, cytując Janusza Lewandowskiego, „pałowanie polskiej tożsamości”, a drugich jej umocnienie. W kręgach Gazety Wyborczej o zaborach można usłyszeć  jako o czynniku wprowadzającym nowoczesność i rozwój, uwalniającym od warcholstwa i zacofania Polski szlacheckiej – to była po prostu dziejowa konieczność! Niestety krytycznie oceniając dorobek Polski szlacheckiej (nie zawsze w sposób przemyślany) my, którzy uznajemy się za kontynuatorów myśli narodowej, wpisujemy się w retorykę tych środowisk i mimowolnie pracujemy na ich rzecz. Więc może taka krytyka ma niepodważalne podstawy? Niestety, więcej tu wielopokoleniowej pedagogiki wstydu i odgórnie wszczepionych kompleksów.

Biednych tych Irokezów będę się starał oswoić z cywilizacją europejską.– takie oto słowa po pierwszym rozbiorze wypowiedział o Polakach Fryderyk II, król Prus. Zaborcy w ogóle na arenie międzynarodowej „reklamowali” rozbiory jako misję cywilizacyjną wobec wiecznie niesfornych synów Lecha. Głoszono, iż Polacy nie są w stanie zadbać o swój własny byt i potrzebują „kuratora”. I niestety narracja ta żyje do dziś, rozciągnięta na całą strefę między Berlinem a Moskwą. Wolter pierwszy rozbiór Polski nazwał czynem „prawdziwie genialnym”. Piewca wolności narodów tym razem okazał się jej wrogiem. Ba, był wszak przyjacielem króla Prus (i to dobrze opłacanym). Kolejnym usprawiedliwieniem rozbiorów była konieczność obrony mniejszości religijnych. Ale innowiercy w Prusach mieli daleko mniej przywilejów niż w zacofanej Polsce. W Anglii zaś katolicy byli w zasadzie pariasami aż do XX wieku (doświadczył tego choćby J.R.R. Tolkien).

Oświecenie jak wiadomo daje początek wielu naiwnym i prostackim stereotypom. Jednym z nich jest konieczność pełnienia misji cywilizacyjnej wśród barbarzyńskich ludów środkowej Europy, której to Niemcy są wierni do dziś. Niestety z czasem ludność środkowoeuropejska sama zaczęła podporządkowywać się tej retoryce.

Pamiętać należy, iż diabelskie dzieło rozbiorów nie ograniczało się tylko do zabiegów dyplomatycznych i operacji wojskowych. Mocarstwa zaborcze rozpętały długotrwałą kampanię propagandową, która kompromitowała Rzeczpospolitą przed całą Europą, i to ze stuprocentową skutecznością, bo nie spotkała się z żadną kontrakcją. Nasze państwo jest jedną z pierwszych ofiar nowoczesnej polityki historycznej i czarnej propagandy. Skutki widoczne są do dziś – Polacy postrzegani są jako naród peryferyjny, zacofany, pozbawiony znaczenia. Sami nazbyt często, choć nieświadomie powielamy ten schemat.

Działania takie były niezbędne – opinia międzynarodowa inaczej nie zaakceptowałaby zamachu na największe królestwo Europy o tak bogatym i nieschematycznym dorobku. Tym bardziej, że zadawano śmierć państwu które najpełniej wcielało w czyn tak modne wówczas oświeceniowe nowinki (konstytucja majowa) unikając jednocześnie zamętu,w jaki osuwała się rewolucyjna Francja.

Mentalność ta zaczęła wydawać zatrute owoce na polskich uczelniach, które w XIX wieku wciąż funkcjonowały. Na Uniwersytecie Jagiellońskim powstała tzw. krakowska szkoła historyczna, tak chwalona przez Jana Mosdorfa. Jej przedstawiciele – pomimo istotnych zasług – przeszczepili na rodzimy grunt politykę historyczną rządów zaborczych. Wielu z nich kształciło się i wiedzę o świecie ówczesnym zdobywało na uczelniach  niemieckich, pod egidą tamtejszych wykładowców. Wpajano więc im podporządkowanie, kolonialną mentalność i zabobonny wręcz podziw dla Wielkich Niemiec. I wykładowcy z taką mentalnością objaśniali późniejszym działaczom narodowym tajniki dziejów ojczystych.

Naukowcy owi reprezentowali pesymistyczną, bardzo krytyczną wizję Polski. Według nich to przede wszystkim zacofanie, anarchia i błędy ustrojowe stały za upadkiem państwa, nie zaborczość sąsiadów. Historycy tej szkoły weszli w skład galicyjskiego stronnictwa „stańczyków”, lojalistycznych konserwatystów. Stańczycy obarczali naród licznymi wadami, zwalczali ruchy chłopskie i niepodległościowe (widzieli w nich przejaw „polskiego” warcholstwa, a samodzielność polityczną postrzegali jako szkodliwą mrzonkę) – wg nich rządy austro-węgierskie stanowiły kontynuację państwa polskiego i należy zachować wobec nich lojalność („Przy tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”). Jedyną drogę rozwoju Narodu upatrywali w naśladownictwie wzorców niemieckich.

Wiele osób z konserwatywnych środowisk w Galicji współpracowało z wywiadem wiedeńskim. Za przykład posłuży nam postać Zygmunta Kaczkowskiego. Pisarz ów w dobie powstania styczniowego i wiele lat później pisał sążniste raporty o przywódcach powstania, ich zamiarach, działaniach i o wybitnych obywatelach zaboru austriackiego. Raporty te były sowicie nagradzane i analizowane przez wywiadowców austriackich. Kaczkowski, choć talentem dorównywał Sienkiewiczowi, w międzywojniu Szkoła krakowska poprzez wprowadzenie nowoczesnych metod badawczych oddała wielkie zasługi nauce polskiej, stała się jednak również źródłem wielu błędnych teorii na temat historii Polski. Jej działalność polityczna ugruntowywała przez to nastroje lojalistyczne i blokowała dążenia niepodległościowe.

Niestety w niepodległej Polsce niesprawiedliwa krytyka Rzeczpospolitej szlacheckiej autorstwa szkoły krakowskiej miała się dobrze (co widać w twórczości wielu działaczy narodowych), po wojnie zaś doskonale współgrała z doktrynologią PZPR (lud uciemiężony przez warchoła – szlachcica i Polska ludowa jako ostateczne wyzwolenie z błędów przeszłości). W ten sposób polityka historyczna zaborców, mająca utrwalić w Polakach kompleks niższości i bierne podporządkowanie została przeniesiona w wiek XXI.

Pochwałami twórczości Jana Mosdorfa można zapełnić niejeden elaborat, jako że i samego twórcę zaliczać należy do ścisłej awangardy międzywojennego intelektu. Jednakowoż umysł przywiązany do polskich tradycji państwowych znajdzie w jego twórczości niejeden wątek budzący daleko idące zastrzeżenia.

Krytyczne opinie, które powiela wielki autor Wczoraj i jutro, swój początek biorą w drugiej połowie XVIII wieku na dworze pruskim i pierwotnie miały na celu działanie na szkodę narodu polskiego i legalizację rozbiorów w oczach opinii międzynarodowej. Nie ma narodowego radykalizmu bez Jana Mosdorfa, ale jego twórczości przydałaby się współczesna hermeneutyka. Chociażby dlatego, iż znaleźć tam można wiele twierdzeń, które dopiero z perspektywy niemalże stulecia można zweryfikować, czy wręcz sfalsyfikować.

Czy klimat epoki mógł ulecieć bez śladu? Mosdorf zdawał sobie sprawę z wielu dziejowych faktów, których Dmowski parę dekad wcześniej nie dostrzegał. My zaś dostrzegamy rzeczy, które Mosdorf przeoczył. Wszyscy jesteśmy dziećmi naszych czasów i choć stać nas na krytyczną ocenę pokolenia, to jednak dziedziczymy jego złe i dobre cechy.

Międzywojnie, czas rozkwitu myśli narodowej, było epoką w której stłamszony niewolą naród mógł wreszcie odetchnąć – lecz tylko chwilowo! – przed nawałnicą kolejnych dziejowych kataklizmów.

Traumatyczne przeżycia pozostawiają jednak psychikę poranioną na wiele lat, zaś z perspektywy narodu – na wiele pokoleń. Zaborcy narzucili Polakom własną narrację dziejów i to jest ich największe zwycięstwo, nie dominacja polityczna, nie zysk ekonomiczny. To dlatego Polak do dziś jest zakompleksiony i w rodzimej historii upatruje raczej przedmiotu wstydu niż źródła moralnej siły. To oni wmówili nam tyle złowrogich mitów – „polskiego warchoła”, kołtunerię, pijaństwo i anarchię skutkującą utratą bytu politycznego. Czy to znaczy, że wyrażenia powyższe nie znajdująpotwierdzenia w faktach? Owszem, znajdują. Ale jako ekstrema, nie zachowania powszechne.

Działacze narodowi okresu międzywojennego, choć są dla nas niedościgłym wzorem patriotyzmu i poświęcenia Ojczyźnie, to jednak czasem szerzyli propagandę wymierzoną przeciwko interesowi polskiemu, nie posiadając nawet świadomości tego faktu. Niech dla nas wszystkich będzie to przykładem jak trudno jest wyplenić z duszy gen zniewolenia, wszczepiany i pielęgnowany od wielu pokoleń.

Dziś zagrożenie jest podobne, jak od wieków. Katedry uniwersyteckie i instytucje kultury zostały niepostrzeżenie przechwycone przez środowiska wrogie polskości. Placówki te, w zamyśle mające służyć Narodowi i uszlachetnieniu ducha polskiego nazbyt często są cynicznie wykorzystywane do utwierdzania Polaków w mentalnym zniewoleniu. Jak już zresztą bywało.

I tytułem podsumowania jeszcze jeden cytat:

Mimo krytycznego stosunku do przeszłości naszej, czujemy przecież głęboką miłość do tej Polski, która mimo swych wad i błędów zajęła jednak nieostatnie miejsce w dziejach Europy, która – właśnie przez swe warstwy uprzywilejowane – wniosła poważny dorobek do cywilizacji chrześcijańskiej.

Autor wyraża nieśmiałą nadzieję, iż to ten wyjątek z twórczości Jana Mosdorfa zostanie lepiej zapamiętany. Nacjonalizm u zarania XX wieku obdarzył Polaków dumą ze swej tożsamości narodowej. Niechże więc sto lat później obdarzy ich dumą z własnej historii.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię