Notka od redakcji:
Zaznaczamy, że niektóre tezy poruszone w tekście nie są tożsame z poglądami redakcji portalu. Postanowiliśmy opublikować tekst, aby skłonić czytelników do dyskusji.
Red. Nacz.
Adrianna Gąsiorek
Jaka jest uniwersalna definicja narodu? Albo inaczej, czy można sformułować taką definicję narodu, która będzie możliwa do przyjęcia dla określenia każdego z istniejących narodów świata? Czy czynniki: etniczny, rasowy, genetyczny są wyznacznikami odpowiednimi do opisu wszystkich narodów? A może wystarczy zaklinać rzeczywistość i ubierać w pseudonaukowe szaty swoje subiektywne oceny? Na te i inne pytania chcę odpowiedzieć w tym artykule.
Szczegółowa definicja narodu, odpowiednia dla każdej takiej wspólnoty, nie ma prawa istnieć. Przedstawienie takiego opisu, który objąłby każdy, literalnie każdy naród świata, jest niemożliwe. Wymagałoby to przezwyciężenia logicznych sprzeczności wewnątrz takiej definicji. Za przykład niech nam posłuży klasyczna, znana z lekcji wiedzy o społeczeństwie, wyryta w głowach większości Polaków – definicja narodu. Zakłada ona, iż narodem jest takie zrzeszenie ludzi, które mieszka na wspólnym terytorium i w ciągu procesów dziejowych, politycznych i gospodarczych na podstawie wspólnego języka i wytworzonej kultury wzbudziła w sobie samoświadomość swej odrębności od innych wspólnot ludzkich (narodów). Czy każdy naród na świecie spełnia tę definicję? Casus Żydów (mniejszość z całości mieszka na jednym terytorium, będącym państwem żydowskim) czy Szwajcarów (znane chyba wszystkim państwo z kilkoma językami urzędowymi) przekreśla tę definicję.
Jak więc zdefiniować naród? Naród jako wspólnota krwi? Taka definicja wykluczy zdecydowaną większość znanych nam narodów z grona definiowalnych w ten sposób wspólnot. Na warsztat weźmy nasz polski przypadek. O jakiej wspólnocie krwi możemy mówić? Domieszki niemieckie, ruskie, litewskie, żydowskie (tak, takie również), czeskie, tatarskie, ormiańskie i sam tylko Bóg wie jeszcze jakie, według tej definicji zanieczyściły polską krew. A to może w takim razie jakiś ułamek tych domieszek może płynąć w krwiobiegu człowieka, by został uznany za Polaka? Takie rozważania na płaszczyźnie materializmu, bo tak trzeba nazwać czynnik krwi czy biologii, jako wyznacznika przynależności do narodu, może doprowadzić do absurdu. Jestem przekonany, że znalazłyby się osoby, a najpewniej i całe grupy, które byłyby pokrzywdzone, bo odmówiono by im przynależności do narodu. Jak więc wyznaczyć granicę takiej przynależności, by nikogo nie skrzywdzić? Bo nie wyobrażam sobie, by powiedzieć komuś w twarz:“ Za Polaków to uznamy Twoje dzieci, bo dopiero one, według naszego arkusza kalkulacyjnego spełnią wymagania.”. Przecież to jakiś chory prozelityzm narodowy, a to aż jaskrawo przypomina niemieckie ustawodawstwo pisane w Norymberdze. To może jak nie krew, to posiadanie haplogrupy R1a1? Ta haplogrupa DNA miała swego czasu pięć minut sławy, jako wybitnie polska część kodu genetycznego, którą prawdziwy Polak posiada. Po czasie okazało się, że to szersza i głębsza kwestia (jak to w życiu zwykle bywa, a w nauce częściej). Bo, jak się okazuje w większej lub mniejszej części tę haplogrupę posiadają członkowie ludów indo-europejskich. Tutaj znowu musiałaby wejść matematyka z wyznaczaniem polskości w arkuszu kalkulacyjnym.
To może da się obronić polskość pod względem etnicznym? Czym jest sam wzięty z greki ethnos? W wyniku ewolucji znaczenia ostatecznie określało to słowo całość Hellenów, mimo wyraźnych różnic kulturowych i językowych. Co oznacza teraz? Słownik języka polskiego podaje definicję według której etnos, to “grupa ludzi o wspólnym pochodzeniu i kulturze odczuwająca więź grupową “ lub “zespół cech kultury danej grupy etnicznej”. Widać więc inklinacje materialistyczne, za jakie należy uznać wspólne pochodzenie, jako kwestię biologiczną. Możemy jeszcze dojść do kwestii rasy, jako wyznacznika przynależności do narodu. Czy znamy innych Polaków jak nie białych? Historia pokazuje, że trudno wśród mieszkańców Polski późnopiastowskiej, jagiellońskiej czy doby elekcyjnej szukać murzynów lub Azjatów, jako członków narodu. Czy to oznacza, że Polacy, jako naród okrzepli i już na zawsze i na wieczność będą tak wyglądać, jak wyglądają dziś? Zdecydowanie nie można tak powiedzieć. Czy Francja nie była biała? A co jest tam teraz? Kolejne pokolenie murzynów i śniadych mieszkańców pustyni dorasta już w Ojczyźnie Arthura de Gobineau. Ktoś może powiedzieć, że to przez słabość rządów wobec fali nachodźców i imigrantów tak się dzieje, albo, że to ich wina, bo mieli kolonie po świecie i sobie nawpuszczali za dużo obcych żywiołów etnicznych. Na pewne procesy dziejowe nawet rząd państwa tak silnego, jak Francja nie ma za wielkiego wpływu. Można obwiniać masonerię i inne tajne stowarzyszenia, ale jeden fakt trzeba zauważyć. Jak zachowywali, a czasem jeszcze zachowują się odmienni etnicznie i rasowo mieszkańcy Francji w trakcie, chociażby rocznicy wybuchu Rewolucji Francuskiej? W defiladzie wojskowej biorą udział czarni i ciemniejsi żołnierze, dumnie prężąc pierś w czasie, gdy grana jest Marsylianka. O czymś to świadczy. Ja w tym widzę przyznanie się tych konkretnych ludzi do Francji i wszystkiego, co ją stanowi. Czyż nie w takim duchu zdefiniowano naród (konkretnie nasz polski) w naszej najnowszej deklaracji ideowej? Czy pigmentododatni obywatele Francji nie są uznawani przez wspólnotę narodową za jej pełnoprawnych członków? Nawet już w Polsce mało kogo dziwi niekoniecznie biały Francuz… Problem nie polega na tym, że murzyn jest Francuzem, a nie ma prawa nim być. Ma prawo, bo sami Francuzi świadomie lub nie (to drugie zdecydowanie bardziej) budują swoją tożsamość wolincjonalnie, tak, jak Pan Renan powiedział. Pisał on, że naród to jest jedna wielka solidarność, którą stwarza poczucie już spełnionych ofiar i tych, do których spełnienia jest się gotowym. Istnienie narodu jest według niego codziennym głosowaniem, w którego czasie człowiek, co dzień przyjmuje gotowość do ofiar na rzecz swojego narodu, wyraża czynem chęć współżycia z ludźmi reprezentującymi tę samą postawę, przywiązanie do Ojczyzny. Według niego człowiek nie jest niewolnikiem ani rasy, ani języka, ani religii (był sceptyczny wobec wiary). Wielkie braterstwo ludzi, jak pisał o zdrowej duszy i gorącym sercu stwarza świadomość moralną, zwaną narodem. Dlatego murzyn, czy beduin może być Francuzem, jeśli tylko chce szczerze przyjąć i uznać ofiary na rzecz bytu narodowego poniesione przez poprzednie pokolenia i sam jest gotów do złożenia ofiary.
Jak to się ma do Polski i polskości? Odrzuciwszy kryteria materialistyczne, które miałyby stanowić o przynależności do naszego narodu trzeba coś zaproponować, bo samo krytykowanie i nawet obalanie pewnych tez jest jałowe, według mnie, jeśli nie proponuje się nic pozytywnego. Wskazanie na przypadek francuski nie jest bezcelowe. Chcę na tym przykładzie pokazać, że przestrzeń narodu ma pewną dynamikę zmian, które przechodzi. Mogą być one mniejsze lub większe, ale są pewną stałą. Podkreślamy, że naród to wspólnota nie tylko obecnie żyjących Polaków, ale pokoleń przeszłych, obecnych i przyszłych. Jaka będzie przyszłość? Można przewidywać, teoretyzować, ale przewidzieć z dużą pewnością jest to bardzo trudne zadanie. Co więc robić? Jak bronić polskości? Co nas czeka?
Jeśli chodzi o procesy zmian w przestrzeni narodu, to dużą pracę w tym zakresie wykonał, mimo można by rzec, lichości objętościowej, Adam Doboszyński w broszurze “Teoria narodu”. Głębia zawartych tam myśli obecnie jest, według mnie, rzadko spotykana. Jedno jednak chcę przedstawić, mianowicie kwestię uznania dynamiki procesów narodowotwórczych i kształtujących dość mocno wykrystalizowane narody. Co autor wskazuje za drogę do rozwoju? Obronę etnicznie czystego narodu? Otóż nie! Nacjonalista, jakim był Ś.P. Adam Doboszyński mówił o świadomym nastawieniu się na proces do wytworzenia, jak to określił “wielkiego narodu“, który miałby stanowić sfermentowaną w tyglu dziejowych procesów mieszankę etnosów polskiego, ruskiego, czeskiego – słowem etnosów zachodnio-słowiańskich z litewskim i węgierskim. Dywagował nawet nad rozszerzeniem o Rumunię i Słowian Południowych. W ramach dobrowolnego zrzeszenia państw narodowych miałoby dojść do stopienia się narodów w jeden, wielki naród, wieloetniczny, posiadający wiele kultur lokalnych, regionalnych i przede wszystkim języków. Oryginalność tej koncepcji jest warta uwagi i poświęcenia czasu na przeczytanie całej broszury. W przedstawionym zaledwie zarysie można zobaczyć, że to nacjonalista wyszedł z koncepcją przeciwną do etnonacjonalizmu. Już w roku 1943, gdy autor formułował tę koncepcję uznawano tkwienie w czysto etnicznym narodzie za coś, co przechodzi do historii. Żywotność i kreatywne działanie narodu etnicznego z czasem, jak pisze autor zamiera, by paść pod naporem żywiołów silniejszych.
Ekskluzywność, bo tak trzeba to nazwać, przynależności do narodu na podstawie etnosu poddałem krytyce, z którą, według mojej oceny nie da się polemizować. Co więc sam proponuję? Model inkluzywny, według którego za członka narodu musi zostać uznany każdy, podkreślam – każdy, kto przyjmuje dziedzictwo polskości za swoje, kto posiada polski kod kulturowy, rozumiany jako zespół reakcji wynikających, z w dużej mierze ukrytego w podświadomości, charakteru na różnej maści bodźce oraz, co jest ostatecznym sprawdzianem przywiązania do narodu, gotowości, by w potrzebie złożyć daninę krwi za Polskę. Czy to wystarczy, by być Polakiem? Czy wystarczy, że murzyn będzie mówił po polsku i zagra dla reprezentacji, by uznać go za rodaka? Czy wystarczy, że biegaczka przywiezie nam z Igrzysk Olimpijskich medal, by nosić ją na rękach i nazywać dumą naszego narodu? Jeśli przy tym wszystkim obydwoje żyją “po polsku“, czyli prócz przywiązania do państwa wrastają w naszą kulturę, to bez wahania nazwę ich rodakami. Czy to zdrada rasy? Czy to pipiprawactwo? Wyżej napisałem, że biologia nie jest wyznacznikiem przynależności do narodu. Czy to może jednak kurczowe powtarzanie, że Polak, to tylko taki etniczny nie jest objawem myślenia pipiprawackiego? Kanoniczność, czy może ortodoksyjność w definiowaniu tak dynamicznej na przestrzeni wieków rzeczywistości, jaką jest naród z pozycji materialistycznych jest takim pipiprawactwem. Tak kiedyś ustalono, tak ma być, a jak Polak, to tylko biały, etniczny. Można powiedzieć, że to pewnego rodzaju epigonizm, którym nacjonalista powinien się brzydzić. Dobieranie sobie członków narodu według klucza kultury, czy przyznawania się do polskości to pipiprawactwo, więc obrona materialistycznych koncepcji narodu jest tak samo doborem i to przymusowym, bo nawet etniczny Polak, który Polakiem być nie chce, to musi nim być, bo tak ma być i już!
Naród rozumiany jako wspólnota wytworzona w ramach kultury cywilizacji łacińskiej, bo w tej cywilizacji wykształciły się narody, jest przede wszystkim wspólnotą ducha, kodu kulturowego. Czynnik etniczny jest często wyznacznikiem przynależności do narodu, ale w naszym polskim przypadku, jak pisałem wyżej nie jest to pozycja do obronienia. Przyszłość naszego narodu w dobie globalizacji, masowych przepływów ludzi, nagłych przetasowań etnicznych (tak się stało z naszym narodem po II Wojnie Światowej w trakcie przesiedleń) i napływu obcych żywiołów etnicznych i cywilizacyjnych staje przed nami jako wielkie wyzwanie. Można określić to mianem zagrożenia, ale podświadomie człowiek na zagrożenie reaguje obronnie, a to ustawi nas, jako wspólnotę w defensywie. To byłby, według mnie błąd. Jak więc przygotować się na nadchodzącą przyszłość? Spójrzmy, co nadchodzi. Dzisiejsza młodzież, mimo posługiwania się językiem polskim duchowo i kulturalnie jest coraz bardziej od polskości odległa. Liberalizm i marksizm zbiorą swoje żniwo w postaci polskojęzycznej masy ludzkiej, nieposiadającej specjalnych więzów z zamieszkiwanym przez siebie państwem i jego kulturowym dziedzictwem. To kwestia wymiany jednego pokolenia. Napływ Ukraińców, Białorusinów, Filipińczyków i innych żywiołów etnicznych obcych nam cywilizacyjnie nie polepszy tej sytuacji. Jeśli tendencje się utrzymają, to dojdzie do gettoizacji Polski, gdzie powstaną dzielnice, miejscowości, a pewnie z czasem i regiony zamieszkane przez obcych nam etnicznie i kulturowo przybyszów. I co wtedy? W myśl etnonacjonalizmu jedynym rozwiązaniem będzie ludobójstwo, bo wysiedlanie obcych z Polski może okazać się błędnym kołem. Wysiedleni wrócą i znów trzeba będzie ich wysiedlać. A wszystko kosztuje. Zradykalizuje się społeczeństwo i zgotujemy sobie drugą Jugosławię. Można by przeciwdziałać tym ruchom mas ludzkich i zamknąć granice. Obronimy czystość etniczną Polski. Może zabrzmi to przewrotnie, ale po co mamy to robić? Zrozumiem argument o ochronie polskich pracowników przed nieuczciwą konkurencją, jaką stanowią już od jakiegoś czasu imigranci ze wschodu. To jest dla mnie argument nie do obalenia i nie będę mówił, że to dobrze dla naszej gospodarki, że Ukraińcy pracują za mniejsze pieniądze niż trzeba by było dać Polakom. Kwestie gospodarcze można rozwiązać, jestem o tym przekonany bez krzywdy dla Polaków, kwestią pozostaje szczegółowe prawodawstwo, ale to temat na osobny artykuł. Przewrotność tego pytania nie polega na odcięciu się od solidarności z Polakami, a raczej na wskazaniu, że możemy wkroczyć na drogę budowy wielkiego narodu, tak jak pisał Doboszyński. Zamiast obrony etnosu Polski powinniśmy bronić jej czystości cywilizacyjnej. Zamiast tamy dla obcych rasowo żywiołów trzeba wznieść wały, które ochronią nas przed zalewem drapieżnego atlantyzmu z zachodu i turanizmu ze wschodu. Nie przed domieszkami obcej krwi trzeba się bronić, a przed domieszkami obcych cywilizacji. Deklarujemy, że misją dziejową Polski jest bycie przewodnikiem odrodzonej cywilizacji łacińskiej w Europie Środkowo-Wschodniej. Może czas nad tym pomyśleć na poważnie? Jednym z fundamentalnych cech naszej cywilizacji jest przewaga ducha nad materią. Jak więc można bronić materii i uznawać jej przewagę nad duchem w przypadku definiowania narodu? Czy nie jest wspólnotą ducha więź kulturowa odczuwana względem rodaków?
Wrócę do przypadku, Francji i ogólnie Europy Zachodniej. Naród francuski, niemiecki i inne nie są tym samym, czym były jeszcze 50 lat temu. Stan zagrożenia, w jakim przychodzi żyć Francuzom, Niemcom, czy Szwedom pokazuje, co może się stać w wyniku niekontrolowanej imigracji obcych cywilizacyjnie ludów. Tych procesów nie da się już odwrócić. Można się użalać nad losem własnym i Europy. Można jednak, póki mamy na to szansę, wznieść wysoko sztandar idei odrodzenia cywilizacji łacińskiej, dążyć do wypracowania niekoniecznie od razu związków państwowych, ale choćby platform porozumienia dla pracowników, przedsiębiorców, dla kultury i nauki. Niekoniecznie muszą być to organizacje państwowe. Nawet dobrze, by Polacy w ramach własnej inicjatywy szukali na takiej choćby Słowacji partnerów do współpracy. Postępująca integracja międzyludzka wzniosłaby się z czasem na wyższy, bo narodowy poziom i w warunkach odpowiedniej atmosfery, zapewnionej przez międzypaństwowe porozumienia wielostronne powstałby wielki naród, o którym tak pięknie pisał Adam Doboszyński.
Na zakończenie chciałbym dodać jeszcze, że naturalną drogą do zaistnienia czegokolwiek, od szklanki po organizacje światowe jest idea, która przybiera określoną formę. Nigdy z formy nie powstała idea. Obrona etnicznego pojmowania narodu jest obroną formy, której idea już mija, a my jesteśmy tego świadkami. Z tej formy nie da się wyciągnąć nic więcej. Pora więc spojrzeć na rzeczywistość otaczającego nas świata, na zmiany, jakim podlega, odpowiednio sformułować ideę narodu polskiego (jako wielkiego narodu) i z nią na sztandarze być chorążym i przewodnikiem odradzającej się cywilizacji łacińskiej. Czy nie byliśmy, jako naród krzewicielem tej cywilizacji? Warto przypomnieć sobie czasy Jagiełły i pierwszej unii polsko-litewskiej. Parlament ówczesnego świata chrześcijańskiego, jakim był Sobór w Konstancji pochwalił działania Polski i króla Jagiełły, ale nie z powodu widzimisię zgromadzonych tam ludzi, tylko po usłyszeniu rozpraw Pawła Włodkowica, rektora odrodzonej Akademii Krakowskiej, działań polskiego poselstwa na sobór oraz relacji usłyszanej wprost od delegacji nawróconych Żmudzinów. Czy w tym czasie Polska nie była na drodze ku tworzeniu wielkiego narodu? Czy teraz nie możemy wejść na tę drogę? Nie tylko możemy, ale moim zdaniem to jest jedyna szansa, której wykorzystanie zapewni nam sukces.
O doniosłości wielkiej idei czasów Jagiełły i Soboru w Konstancji pisałem w tekście http://test.kierunki.stronazen.pl/pawel-luberacki-o-mysli-pawla-wlodkowica/, do którego przeczytania zachęcam. Nie ma tam słowa o wielkim narodzie, ale opisane procesy prowadziły do tego, by wielki naród polsko–litewsko-ruski powstał.























“A wszystko kosztuje. Zradykalizuje się społeczeństwo i zgotujemy sobie drugą Jugosławię.” Mogą być konflikty z migrantami, natomiast Jugosławia to inny przykład. Tzn. co się tyczy konfliktu z albańskimi kolonistami serbskiego Kosowa i Metohiji, to coś może być w tym stylu ale też przybyli tam podczas zaboru tureckiego a nie jako imigranci na tej zasadzie, co teraz się wdzierają do Europy. Natomiast geneza konfliktu serbo-chorwackiego oraz konfliktu ze słowiańskimi muzułmanami, którzy nazwali siebie “Boszniakami” (nawet, jak mieszkają tam, gdzie nigdy Bośni nie było i nie jest) jest inna. Tam jest konflikt można powiedzieć wokół polityczno-kulturowego otoczenia religijnego. Nie chodzi tu o różnice czysto religijne, bo o tych mało kto wie, jak pochodzenie Ducha Świętego. Ja nieraz specjalnie dla ciekawości pytam się o to Serbów i nie wiedzą. Więc nie różnice dogmatyczne są przyczyną konfliktu. Ale właśnie katolicyzm polityczny i polityczne otoczki prawosławia czy islamu. W ogóle słowiańscy muzułmanie w dawnej Jugosławii, to są po prostu zislamizowani Serbowie. W Sandżaku (Raszce) się pojawili w takiej ilości, bo kiedyś rządził tam fanatyczny ban muzułmański (za władzy tureckiej). Zislamizował Serbów i teraz uważają się za Boszniaków, mimo, że Nowy Pazar nigdy w Bośni nie był. A co do Serbów i Chorwatów, to chociaż to odrębne były plemiona, to teraz Serbowie-Sztokawcy uznali się za Chorwatów. A kiedyś to podział był wzdłuż narzeczy. Wszyscy Sztokawcy to byli Serbowie. Kiedyś były we Włoszech wydany Serbski katolicki modlitewnik. W każdym razie w Polsce nic takiego nie grozi. Są w Polsce protestanci na Śląsku Cieszyńskim, bo książę cieszyński przyjął protestantyzm. Ale raczej nie doprowadzi to tego, co w Jugosławii. Też na Śląsku Cieszyńskim różnie ze świadomością bywało. Jednak ogólnie tam polska opcja narodowa była i jest silniejsza niż na katolickim Górnym Śląsku. Jak wiadomo polska opcja narodowa w ogóle nie powstała na Śląsku opawskim, co jest dla RAŚ argumentem. W każdym razie ani ze Ślązakami cieszyńskimi ani z Mazurami (ze względu na małą liczebność tych ostatnich) nie grozi nam, że dojdzie do tego, co w Jugosławii.