Od kilku dni lewicowo-liberalny obóz medialny relacjonuje z sumiennością godną małomiasteczkowego kujona-konfidenta szczegóły czarnej mszy z elementami okultystycznymi, jaką w stolicy polskiego diablonazizmu, mieście nie darmo samą swą nazwą nawołującego do rasowej agresji, odprawili potomkowie katów Jedwabnego. Nie to jest jednak prawdziwym problemem, bowiem uzasadnione przekonanie, że nasi publicystyczni oponenci z takiej – dajmy na to – „Gazety Wyborczej”, wymagają diagnozy psychiatrycznej bardziej, niż jakiejkolwiek innej, towarzyszy nam od zawsze. Problem fundamentalny leży oczywiście we wsparciu histeryczno-kłamliwej narracji przez katolicki episkopat i lokalną kurię.

To dobra okazja, abstrahując od doraźnego, medialnego jazgotu, jaki rozgorzał w zastałej sytuacji (a który, jak się wydaje, przyniesie narodowcom więcej dobrego niźli złego), by lekko zarysować istotną kwestię może nie samej ideologicznej relacji między uniwersalnym katolicyzmem a doktryną – o ile na dziś dzień możemy o takiej mówić – czy duchem polskiego nacjonalizmu, ale niewątpliwie, z natury rzeczy, coraz trudniejszych warunków koegzystencji obu podmiotów.

Już na wstępie należy zwrócić uwagę, że przynajmniej spora część „aktywu” o przekonaniach narodowych, w swojej argumentacji, siłą rzeczy, zawsze umocowana będzie w paradygmacie religijnym, z którym właściwie nie da się podejmować dyskusji na w pełni racjonalnym gruncie (nie twierdzę, że jest w tym coś pejoratywnego – wzmiankuję jedynie fakt).  Kościół w doczesnej rzeczywistości jest depozytariuszem ponad- i poza- doczesnych prawd, reguł, które mają dla człowieka i świata daleko większe znaczenie, niźli wszystko co konstytuowało się, tworzyło, miało swój przebieg już na ziemi. Nie da się tego – co by nie mówić i jak bardzo nie uzupełniać by tego pierwiastkami rozumowymi – przyjąć bez aktu wiary, co w naturalny sposób dyskutantów, którzy pozbawieni są łaski (bo przecież tak to w katolickiej doktrynie jest ujmowane; jako łaska właśnie), stawia niejako na zupełnie innej płaszczyźnie dyskusji.

Odnosząc się jednak do powyższego; skoro stwierdzenia o roli kościoła są prawdziwe, a dla katolików właśnie takimi są – zarówno indywidualne, jak i zbiorowe odpowiednie uczestnictwo w realizacji bożego planu zbawienia, musi być zawsze priorytetem i być nieskończenie (i to nie jest wyolbrzymienie!) ważniejszym, niż cokolwiek innego. Jeśli więc uznamy, że tak właśnie jest, ma to daleko idące konsekwencje, z których trzeba zdawać sobie sprawę. Konsekwencje, których świadomości niejednego młodego nacjonalistę doby dwudziestolecia międzywojennego doprowadziła do rewizji swojego światopoglądu w kolejnych fazach życia… ale to już inna opowieść. W każdym razie kluczowym zagadnieniem jest tutaj fakt specyfiki kościoła katolickiego, który w tym ma być przecież właśnie wyjątkową i jedyną prawdziwą spośród chrześcijańskich wspólnot, ponieważ jego nieskażona zerwaniem instytucja jest ucieleśnieniem świętej Tradycji. Dotyczy to oczywiście przede wszystkim kwestii samej wiary, ale i w innych kwestiach obowiązkiem katolika jest przecież (przynajmniej!) uważnie wsłuchiwać się w głos następców Chrystusa na ziemi, uporządkowanych w schierarizowanych strukturach.

Kościół katolicki, jako ziemska instytucja, mniej lub bardziej wpływająca także np. na zagadnienia społ-polityczne na przestrzeni dziejów, zmieniał się wraz z nimi. Gdyby próbować go oceniać z nacjonalistycznej (rodzimej), ewentualnie (instynktownie raczej niż doktrynalnie pojmowanej) tradycjonalistycznej perspektywy, wpływ także byłby niejednoznaczny. Tak! – Kościół był ostoją polskości i przewodnikiem narodu w epoce PRL-u (przynajmniej tej tożsamościowej części), ale także: tak! – był podporą XIX-wiecznego ładu, w którym nie było miejsca na niepodległą Polskę, już nie mówiąc o polskich insurekcjach. W sensie klasowym, jako instytucja, oczywiście sprzyjał warstwom posiadającym tak długo, jak długo mógł etc. O jednostkach nie ma co mówić – mieliśmy księży powstańców i księży ubeckich konfidentów. Pedofilów i wspaniałych duszpasterzy. Prawdziwych świętych i drobnych cwaniaczków. Nie jest odpowiednim, żeby koniecznie i na siłę budować ogólne spostrzeżenia na podstawie pomniejszych, nawet jeśli nie pojedynczych, wyjątków.

Problemem obecnie jest jednak co innego. Nie ma już potężnej, rzymskiej, pradawnej, niezwyciężonej instytucji, jaką nawet z perspektywy potępienia ewangelicznego “żydostwa” mógł podziwiać i uwielbiać Maurras. Kościół sam abdykował z tej roli, usiłując dokonać swoistego odświeżenia, by lepiej pełnić swoją ewangelizacyjną rolę, ale w istocie niestety składając pokłon temu światu w swoim pędzie ku permanentnemu aggiornamento. Dziś mamy papieża progresywistę – i trudno mi na gruncie racjonalnej obserwacji instytucji w jej doczesnym aspekcie wątpić, że będziemy mieli kolejnych, nawet jeśli przejściową zdarzą się mniej postępowi od niego. Z jednej strony – jak mi ostatnio przypomniano – doktryna katolicka mówi o asystencji Ducha Świętego, a Kościół na przestrzeni dziejów przeżywał już różnego rodzaju kryzysy, z których wielokrotnie – koniec końców – wychodził obronną rękę. Co by nie mówić, z oczywistych przyczyn trudno jednak brać to w jakikolwiek „politologiczny” rachunek.

Bezspornym faktem jest, że dziś biskup Rzymu nie różni się pod wieloma względami od publicysty “Gazety Wyborczej”. Trudno mi uwierzyć, żeby w kategorii kilku dekad polski episkopat miał być czynnikiem trwale przeciwstawiającym się tej tendencji, co widzimy np. dzisiaj, ale przecież nie pierwszy, a już na pewno nie ostatni raz. Nad Wisłą mamy poza tym do czynienia z tradycyjnie rozpowszechnionym pośród hierarchii kościelnej kultem św. Spokoju – jak ujmował to niegdyś publicysta. Po dekadach walki o przetrwanie w trudnych czasach, rodzimy Kościół popadł w letarg, odrętwienie i uśpienie, które źle wróży w nadchodzących, trudnych dla polskiego katolicyzmu czasach. Dodać do tego tylko słabe zrozumienie współczesnej rzeczywistości społecznej i wynikające czy to z lenistwa, czy ze słabości intelektualnej, bezkrytyczne powtarzanie modnych na zachodzie formuł – i tyle chyba wystarczy. Jeśli Kościół w Polsce umrze, to umrze podczas snu. Nie jest łatwo być dzisiaj katolikiem, ale jeszcze trudniej będzie być katolikiem-nacjonalistą.

Strategię dla szeroko rozumianego ruchu napisze samo życie. Recepta wydaje się jednak prosta, choć wynika ona bardziej z tego, że narodowcy nie są dzisiaj właściwie podmiotem, który będzie o tej relacji decydował. Trzymać się dobrych księży i z pokorą przyjmując hierarchiczne gromy, starać się z nimi żyć i robić swoje. Bo te gromy będą i będzie ich coraz więcej. Jeszcze nie raz usłyszymy o Miłosierdziu, które wplecione zostanie w kanonadę lewicowo-liberalnej propagandy (także – niestety! – z ambon), wyprane ze swojej najprawdziwszej i zbawczej treści. I jeszcze nie raz, w imię eklezjalnej wersji political correctness, będzie się zamykało usta tym duszpasterzom, którzy noszą w sercu sprawę narodową.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię