W lipcu miałem okazję uczestniczyć w nietypowym dla mnie z racji miejsca zamieszkania przedsięwzięciu, a mianowicie w festynie zorganizowanym w jednej z podkieleckich wiosek. Czynię tę informację punktem wyjścia dla moich dalszych rozważań z racji na jedno, pozornie nieważne wydarzenie, które stało się dla mnie obiektem szerszych rozważań przez dwa miesiące. Klasa, do której chodzi moja młodsza kuzynka, miała występ taneczny, swoją drogą, całkiem przyzwoicie wyglądający. Nie o sam pokaz się tu jednak rozchodzi, a o utwór, do którego dzieciaki tańczyły. Słyszałem go wcześniej setki razy, jako że dziewczyny, przygotowując się do swojego występu życia, nie robiły w domu nic innego, tylko go w kółko nuciły, pouczając się jedynie na zmianę, która robi to źle. Dopiero jednak w sam dzień pokazu coś we mnie drgnęło. Utwór, o którym mowa, to popkulturowa kreacja zespołu Enej pt. „Nie chcę spać”. Na wstępie informuję, że nie oszalałem i już przechodzę do wyjaśnień.
„Gwiazdy mówią, że gdy zasną, zbudzą się na nowo/Zbudzą się w innym kolorze/Jakaś chemia stworzy je/Coś tak czuję, że u ludzi może być tak samo/Zatem nie chcę, ja dziękuję, tutaj świetnie bawię się/chemia inkarnacji ja”. Tak zaczyna się wspomniany utwór, a następnie przewija się chwytliwy refren: „Dlatego nie chcę spać, choć mama goni to ja wiem/Że mogę radę dać, by mieć siłę na kolejny dzień/Bajek nie czytam, bo wszystkie bajki dobrze znam” i clou dla naszych rozważań: „Ja bardzo boję się obudzić tam, gdzie nie ma mnie”. Po usłyszeniu i wgłębieniu się w ten naprawdę wesoły utwór zacząłem odczuwać pewien lęk. Oczywiście nie jakiś paranoiczny strach. Raczej niepokój, w dodatku bliżej nieokreślony. Co znaczą słowa „obudzić się tam, gdzie nie ma mnie”? Ktoś powie, że tam, gdzie nie ma imprezy, że to rozrywkowa piosenka do potańczenia. I zaśmieje się. Zapewne tak. A jednak jakiś lęk zostaje.
Kultura masowa ma tendencje do bagatelizowania głębi rzeczywistości. Jej cechą definicyjną jest spłaszczanie poważnych motywów i sprowadzanie ich do poziomu dziwnej groteski lub po prostu radosnego tańca i śpiewu. I tym razem nie jest zapewne inaczej, a Enej, pisząc tekst i muzykę, myślał raczej o zerach, które pojawią mu się po sprzedaniu płyty niż o jakimkolwiek głębszym przekazie. Dlatego też pozwolę sobie nie uwłaczać niczyjej inteligencji i nie interpretować omawianej piosenki jak klasycznej poezji. Spójrzmy na nią raczej jak na zjawisko kulturowe, którego ofiarą jesteśmy wszyscy. Współczesna cywilizacja wpisuje w nas paranoje, które są dla nas zdroworozsądkowo nienaturalne. Zastępując Boga neurotycznym lękiem przed paranormalnymi zjawiskami podobnymi do tego przywoływanego przez Eneja nieświadomie wrzuca nas w niezdrową, bo odciętą od prawdziwej religijności sztuczną metafizykę. Stajemy się ofiarami kultury. Boimy się, sami nie wiedząc czego. Oto skutki tego zjawiska.
W połowie lipca wracałem z Warszawy z odprawy fundacji Pro Prawo do Życia. Były potworne upały, w które zmuszony byłem jechać pociągiem do Zawiercia. Potraktowałem jednak tę sytuację jako znakomitą okazję do otworzenia i przeczytania najnowszego numeru sopockiego dwumiesięcznika literackiego „Topos”, kupionego wcześniej. I znów całkowity przypadek sprawił, że znalazł się tam esej Janusza Nowaka zatytułowany „Wytrwała praca straszliwych żuwaczek”, odnoszący się do jednego z wierszy Przemysława Dakowicza z jego ostatniego tomiku „Boże Klauny”. Całość zbioru jest szeregiem utworów, z których każdy przedstawia historię pozbawiania człowieka jednolitości, stałości duchowej. Bohaterowie liryczni niejako rozszczepiają się wewnętrznie, są pożerani przez żuwaczki mrówkolwa, który następnie wypluwa z nich resztki przewodnie niestabilne, płynne, pełne lęku życie. Poezja Dakowicza nie jest łatwa. Udało mi się jednak przebrnąć przez cały tomik, który dojrzewał we mnie (i założę się, że jeszcze nie dojrzał w pełni), dając mi ostatecznie kilka przemyśleń dotyczących kondycji współczesnego człowieka tkwiącego w zbiorowym, metafizycznym, ale laickim strachu.
A że poezja dociera do każdego inaczej, dzięki temu, że oddziałuje na duchowe bodźce jednostki, ja widzę „Boże klauny” w następujący sposób. Owym mrówkolwem pożerającym ludzkość jest nasza cywilizacja. Przez nieustanne bombardowanie jednostki z jednej strony przeświadczeniem o doskonałości gatunku homo sapiens, a z drugiej o jego słabości w obliczu tego, co wpisana we współczesność laickość nazywa „nieskończonością wszechświata”, wywołuje zbiorową schizofrenię. Cywilizacja straszy nas chaotycznymi wzmiankami o najazdach kosmitów i kończących się zapasach ropy. Filozofowie postoświeceniowi przepełnieni naturalną potrzebą szukania duchowego sensu świata z jednej, ale pozbawionego Boga z drugiej strony tworzą systemy oparte o reinkarnację, stwarzają sobie jakieś sztuczne wymiary, logikę wielowartościową i, sami do końca nie będąc przekonanymi co do słuszności tych tez, straszą nimi społeczeństwo. Oto żrący nas mrówkolew. Po wypluciu przez niego z jednej strony mienimy się bogami, ale w rzeczywistości jesteśmy przepełnionymi lękiem „Bożymi klaunami”.
A jaka jest na to wszystko recepta? Odpowiedź, co ciekawe, także daje nam Dakowicz. Ostatni wiersz jego tomu: „O cyruliku Fryderyku piosenka wesoła a ogromnie przez to smutna” traktuje o nikim innym jak Fryderyku Nietzsche, autorze, przypomnijmy, frazy „Bóg umarł”. Dlaczego w utworze stał się cyrulikiem? Według Janusza Nowaka dlatego, że całe życie upuszczał ze społeczeństwa życiodajną krew. Niepokojąc, pozbawiał go spokoju, odbierał nadzieję, ale przede wszystkim odcinał od Boga. Pożarty przez mrówkołowa cyrulik, podobnie jak inni bohaterowie tomiku, stał się warzywem przepełnionym sztuczną metafizyką i płynącym z niej lękiem.
A więc jedyną szansą dla współczesnego człowieka jest powrót do Boga? Wydaje mi się, że tak. Tylko prawdziwa wiara chroni jednostkę przed mrówkołowem i daje bezpieczeństwo, bez idiotycznych lęków.
Na koniec jeszcze jedno przemyślenie. Krótkie zdanie: „Nie mogę spać Eneja piosenka wesoła a ogromnie przez to smutna”
Jan Sutowicz


























