Wielu jest zacietrzewionych ideologów, którzy nie zważając na skutki wprowadzenia swojej ideologii w życie, twardo będą stać za daną utopią. Zapewne jeszcze więcej tych, którzy równie głośno i radykalnie ją głoszą, bacząc tylko na swój portfel, sławę i pozycję. Najwięcej zaś „pożytecznych idiotów”, którzy uwierzyli dwóm pierwszym grupom i promują idee, które nie do końca znają, a już na pewno mało co z nich rozumieją. Wszystkich ich charakteryzuje jedno: ideologia jest dla nich ważniejsza niż wspólne dobro.
Tak więc nie chodzi im wcale o to, by cokolwiek poprawić, by ulepszyć państwo , czy umożliwić rozwój ludziom. Nie, inni ludzie wcale ich nie obchodzą, liczy się tylko to, by dążyć do swojego wyśnionego marzenia. A w jakim celu? Bo tak uważają, bo wtedy będę tymi wygranymi, którzy dopięli swego. Czytając ten opis mamy przed oczami przykłady takich ideologii. Pierwsze z brzegu – totalitaryzm, anarchizm, komunizm – ale to nie one w tych dniach świecą najjaskrawiej, lecz… demokracja.
Przejawia się to przede wszystkim we wszechobecnym zachęcaniu ludzi do głosowania w wyborach. Kto za namową gwiazdki pop, albo ładnego plakatu pójdzie oddać swój głos w wyborach? Czy ktoś kto ma pojęcie o polityce, zna programy przynajmniej kilku największych partii, jest obywatelem w pełnym tego słowa znaczeniu? Oczywiście, że nie. Ta grupa i tak chce głosować, bo ma konkretne, przemyślane poglądy, które chce poprzeć, a jeśli taki człowiek nie identyfikuje się z żadną partią to ani skutecznym, ani celowym nie jest namawianie go do głosowania na kogokolwiek.
Znane twarze i pompatyczne hasła o „obywatelskim obowiązku” są skierowane do ludzi biernych, którzy polityką nie chcą, nie potrafią lub nie mogą się zajmować. I mają do tego święte prawo. Namawianie ludzi nieobeznanych z polityką, nieznających programów , czy chociaż kierunków światopoglądowych partii, nierozumiejących nawet haseł rzucanych w kampanii jest niewątpliwie działaniem na szkodę państwa. Czy ktokolwiek może sądzić, że ci ludzie lepiej wybiorą dobrych, kompetentnych, niepopulistycznych posłów niż ci, którzy „siedzą” w polityce bardziej niż oglądanie dziennika co trzeci dzień? Przecież nie chodzi nawet o ograniczanie praw wyborczych, bo każdy ma prawo zagłosować, ale nachalne zachęcanie i swego rodzaju szantaż moralny („obywatelski obowiązek”, „kto nie głosował nie ma prawa narzekać”) zwiększa jedynie liczbę głosów oddanych przypadkowo, pod wpływem populizmu lub marketingu politycznego.
Zyskują na tym oczywiście największe partie, te pokazywane co wieczór w telewizji, te dotowane przez państwo dziesiątkami milionów złotych na kampanie wyborcze, wreszcie ta czy inna partia rządząca, która decyduje o państwowym finansowaniu tych kampanii społecznych. I tak oto zamiast dążyć do wyboru najlepszych kandydatów, dążymy do wyboru demagogów najczęściej pokazywanych w mediach, najlepiej wyglądających na plakatach i najmocniej oddziałujących na emocje wyborców. Jedni oddali dobro wspólne za interes partii, inni za demokratyczne slogany.
Michał Ciesielski


























