Podziemie antykomunistyczne 1944 – 1963 jest wyraźnie obecne w przestrzeni publicznej PRL – jak na temat tabu. Dotyczył bowiem na tyle szerokich kręgów społeczeństwa, że nie mógł zostać pominięty w debacie publicznej. Jednak dla zalegalizowania bestialstwa komunistycznych siepaczy uruchomiono ogromną maszynerię kłamstwa z wykorzystaniem wszelkich metod społecznej komunikacji. W latach 70. i 80. temat został jednak skazany na zapomnienie – bezpośrednia pamięć wydarzeń i wspomnień bladła wraz z pokoleniem, które ich doświadczyło.
Taktyka kłamstwa przez lata ulegała zmianom – i w wielu środowiskach pozostaje żywa po dziś dzień, co można dostrzec obserwując swoisty renesans stalinowskiej stylistyki z okazji kolejnej rocznicy 1 marca. Początkowo opierała się na prymitywnej nienawiści i agresji (sławne plakaty „olbrzym i zapluty karzeł reakcji” albo „tęp bandytów z NSZ”). Było to zrozumiałe – oszkalowanie Wyklętych i odebranie im poparcia ludności było kwestią kluczową dla reżimu obdarzonego powszechną wrogością narodu, wspierającego się wyłącznie na sowieckich bagnetach.
Filmowy przekaz jest prosty, jak przystało na socrealistyczne produkcyjniaki. Czarny charakter – najczęściej cyniczny agent burżuazyjnego Zachodu – stara się za amerykańskie pieniądze stworzyć szajkę sabotażystów, którzy mają zatruwać studnie i wysadzać w powietrze huty. Jest wyobcowany w nowoczesnym bezklasowym społeczeństwie, jego brutalność i wyniosłość odpychają od pierwszego wejrzenia. Najczęściej pochodzi z przedwojennych elit społecznych – jest byłym oficerem lub synem fabrykanta, który przywykł do życia kosztem uciśnionych mas. Bohater filmu Pościg w reżyserii Stanisława Urbanowicza (1953) z nostalgią wzdycha: „Nie było to jak za dziedzica, chłopa w pysk…”. Nie potrafi się odnaleźć w „ustroju sprawiedliwości klasowej” i dlatego zionie doń nienawiścią. Ale jego zbrodnicze zamiary spełzają na niczym – uświadomiony ideowo lud pracujący wymierza złoczyńcy zasłużoną karę.
Formacje zbrojne są odwzorowywane bardzo ostrożnie. W zasadzie ukazane są jako mało liczne bandy trudniące się szabrownictwem i rozbojem. Cały naród wszak stoi murem za Komitetem Centralnym, opór stawia tylko garstka reakcjonistów i innych opryszków. Reakcjoniści oczywiście całą wojnę stali z karabinem u nogi, trud walki z Niemcami pozostawiając partyzantom z AL i GL. W filmach nie padają prawie nigdy nazwy historycznych formacji podziemia – aby przypadkiem widz nie skojarzył z osobistymi wspomnieniami. Najczęściej w użyciu są terminy „faszyści”, „banda” itp., ich członkowie używają terminu „organizacja”: „nasza organizacja”, „w naszej organizacji”. Wyjątkiem jest film Cień (1956) w reżyserii Jerzego Kawalerowicza, gdzie grupa żołnierzy NSZ (w domniemaniu, bo nazwa w dialogach nie pada) pozbawia ręki rolnika, który głosował „3x tak” w referendum w 1946r. W innej scenie ci sami żołnierze w radosnym nastroju przechwalają się np. spaleniem żywcem milicjanta czy pobiciem sołtysa. Chodzi o odczłowieczenie wroga – tak aby nikt mu nie współczuł, gdy w końcowych scenach spotka go zasłużona kara, zazwyczaj z ręki bohaterskich zuchów z UB.
Jako studium przypadku posłuży film Pięciu z ulic Barskiej Aleksandra Forda (1953). Grupka młodzieńców tuż po wojnie układa sobie życie doraźnie trudniąc się rabunkiem; czuwa nad nimi Zenon, tajemniczy aczkolwiek histeryczny i brutalny działacz „szajki podziemia”. Niektórzy jednak znajdują zatrudnienie przy budowie trasy WZ. Ofiarną pracą dla socjalistycznej ojczyzny zaskarbiają sobie przyjaźń nowych kolegów i dostrzegają, że budowa „nowej, lepszej Polski” jest kuszącą alternatywą dla bezcelowego gnicia w podziemiu. Tym bardziej, że zdrowy ideowo aktyw robotniczy nie kwapi się do walki z komuną. Nie zraża to jednak Zenona, który indoktrynuje swe młode ofiary sloganami w stylu „Walka nie skończyła się, będzie trwała dopóki nie zniszczymy komunizmu” i wieloma innymi w tym guście. Widać, że nie posiada żadnej koncepcji, jedyną jego sprężyną działania jest biologiczna nienawiść do komunizmu jako systemu sprawiedliwości i postępu. Toteż nakazuje wysadzenie trasy WZ. W kluczowym jednak momencie młodzi bohaterowie wyzwalają się spod jego wpływu i niecny wichrzyciel tchórzliwie ucieka. W końcowej walce dochodzi do walki pomiędzy nim a Kazkiem, głównym bohaterem. Okazał się silniejszy od postrzelonej ofiary, ale w ostatniej chwili deus ex machina zjawiają się „dzielni chłopcy” z UB i ratują sytuację.
Inne czasy nadchodzą wraz z narodzinami polskiej szkoły filmowej. Od tego czasu kłamliwa propaganda przysposabia na swój użytek warsztat artystyczny z najwyższej światowej półki, na czoło walki socjalistycznej wysuwają się talenty pokroju Andrzeja Wajdy i Jerzego Kawalerowicza. Czerwonym słońcem tego układu był zaś Aleksander Ford (właśc. Mosze Lifszyc), w czasie wojny reżyser filmów instruktażowych dla krasnoarmiejców, później zasłynął zadenuncjowaniem swojego kolegi po fachu na NKWD. Plotka głosi, że kolega kręcił po prostu lepsze filmy.
Pomnikiem gatunku jest Popiół i diament Wajdy (1958). Diamentem jest 17-letni Maciek Chełmicki (w tej roli Zbigniew Cybulski), pełen życia i talentów chłopak, który marnuje się jako egzekutor wyroków śmierci w AK. Szarym i wystygłym popiołem są zaś jego mocodawcy, nie potrafiący przystosować się do nowoczesnej, lepszej rzeczywistości, którą na swych bagnetach radośnie niosą dziarscy wojacy z Armii Czerwonej. Chełmicki jest rozdarty pomiędzy lojalnością wobec kolegów z konspiracji a rozwojem osobistym – poznaje piękną dziewczynę, ale jedynych przyjaciół ma w podziemiu – dochowuje im wierności pomimo moralnych wahań. Dla widza staje się oczywiste, że za tragedię Maćka i wielu jemu podobnych odpowiadają zaprzedani imperialistom wywrotowcy. Nie obchodzą ich moralne dylematy młodych ludzi, nie dają odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Wymagają tylko ślepego posłuszeństwa, tak aby po wykonanym rozkazie porzucić podwładnego jak stary rupieć (np. w mocnej scenie, gdy kolega i przełożony Maćka brutalnie odtrąca podwładnego proszącego o ratunek).
W kulminacyjnym momencie Chełmicki pozbawia życia Szczukę, działacza PPR – jest nim nieskalany obyczajowo surowy ideowiec. W konfrontacji tych charakterów widzimy antagonizm pomiędzy porywczą, romantyczną ale nieodpowiedzialną młodością akowca, a surową, chłodną i rozważną dojrzałością życiową komunisty. W konsekwencji symbolicznego ojcobójstwa którego się dopuścił, Maciek musi uciekać. Porzucony przez dotychczasowych przyjaciół z podziemia, świadom swych błędów pada ofiarą pościgu – w alegorycznej scenie umiera na śmietniku historii. Zginął, bo postawa którą prezentował była anachroniczna, wielkimi krokami zbliżało się nowe, sprawiedliwsze Jutro.
I to jest zaskakujące! Spojrzenie na dziadowski socjalizm jak na dziejową konieczność i latarnię cywilizacyjnego postępu. Zaskakująca jest trwałość tego kłamliwego schematu. Leszek Żebrowski wspominał jak przed paru laty dziennikarka GW chciała zrobić wywiad z jednym z Wyklętych, który czerwonym siepaczom wymykał się aż do 1961r. „To ludzie w kosmos latali, drugą Polskę zbudowali a wyście w tym czasie woleli siedzieć w lasach?” – tak mniej więcej zagaiła rozmowę. Stary żołnierz oniemiał i po prostu wyrzucił dziennikarkę za drzwi. Kobieta rozumująca zupełnie innymi kategoriami nie potrafiła zrozumieć, iż wielu Wyklętych nie miało innej alternatywy niż śmierć w walce lub w katowni UB.
Spoglądając na maszynerię pogardy stosowaną wobec chłopców z lasu nie sposób nie dostrzec głęboko utajonego strachu i poczucia niższości, jakie w stosunku do nich żywili czerwoni. Stalin dla ujarzmienia Polaków najwyższe stanowiska z premedytacją zapełniał materiałem ludzkim najgorzej jakości. Kariera takich ludzi jak Ryszard Kapuściński czy Zygmunt Bauman zaczęła się gdy ich dowódcy wojskowy rozkazali im przenieść się z pola walki na katedry uniwersyteckie. Dla wszystkich pokoleń pseudo-elit, od Moczara po Blumsztajna charakterystyczna jest głęboko utajona świadomość, że mogą się pławić w samozadowoleniu z własnej elitarności tylko dlatego, że kiedyś tysiącom „Łupaszków”, „Burych” i „Warszyców” odebrano życie, a miliony innych aresztowano, zniszczono, odebrano szanse na pracę dla Polski na miarę swych ogromnych talentów.
I ten właśnie kompleks przebija z filmów szkalujących Żołnierzy Wyklętych. Pomimo obarczenia najgorszymi zbrodniami, ukazywani są jako niebywale schludni i kulturalni. U Wajdy lokalni dowódcy antykomunistycznego podziemia dyskutują o bieżących zdarzeniach w staroświeckim salonie towarzyskim, są elokwentni i dystyngowanie delektują się koniakiem. W filmie Ogniomistrz Kaleń mjr Antoni Żubryd, został ukazany jako oficer w lśniącym mundurze i wypolerowanych oficerkach, pomimo polowych warunków gładko wygolony i z pedantycznie przystrzyżonym wąsikiem. NSZ-owcy silnie odróżniają się od odzianych w drelichy i nieco ćwokowatych żołnierzy LWP.
I to jest najbardziej autentyczny obraz Wyklętych. Ścigani jak dzikie zwierzęta i bestialsko tępieni przetrwać mogli tylko dzięki przychylności ludności cywilnej, której nie pozwoliliby wyrządzić krzywdy! Wszelkie opowieści o bandyckich ekscesach należy włożyć między ubeckie bajki. Najgorsze, że ta czarna legenda wymyślona przez komunistów aż do dziś ma się świetnie, czego przykładem jest film „Historia Roja”, który niebawem wejdzie na anteny w formie serialu. Scena gdy beztrosko baraszkuje ze swą wybranką za ścianą u jej rodziców, nie licząc się z ryzykiem jakie może na nich ściągnąć, jest groteskowa wręcz w swym przekazie. Filmów odkłamujących rzeczywistość da się zliczyć na palcach jednej ręki – oprócz niefortunnego „Roja” jest również o gen. Fieldorfie „Nilu” i parę fabularyzowanych dokumentów. Podczas gdy produkcji szkalujących Żołnierzy Wyklętych w szczytowym okresie ukazywało się po kilka rocznie. Często prezentowały wysoki poziom artystyczny i były nagradzane na międzynarodowych festiwalach (nagroda za reżyserię w Cannes dla Piątki z ulicy Barskiej, nagroda FIPRESCI w Wenecji za Popiół i diament dla A. Wajdy), rozpowszechniając kłamstwa również za granicą.
Komuniści zwalczając Wyklętych mieli świadomość, że są bandą prostaków bez szkoły, którzy tępią autentyczną elitę intelektualną narodu aby zająć jej miejsce. A było to możliwe wyłącznie z kaprysu towarzyszy moskiewskich, bo naród zawsze darzył komunizm i komunistów jednoznaczną wrogością, ujmując się za prawdziwymi bohaterami. Tak należy rozumieć istotny motyw opluwania bohaterów podziemia antykomunistycznego występujący aż po dziś dzień.
























Pamiętam, że i nas dzieci straszono: “bandą Ognia”. Zestawiano “Ognia” z bandą UPA. Jest taka książka “Ślady Rysich Pazurów”, głównie o temacie bandy UPA w Bieszczadach. Niektórzy są za jej przywróceniem do lektur. Ja byłbym przeciwny. Właśnie głównie przez taką jedną wzmiankę z opowieści kogoś, że gdzieś tam legitymowała “banda Ognia”. A na wyobraźnię dzieci, to samo słowo “Ogień” działa, bo się kojarzy z palącym ogniem. Tam jest cały czas, jak banderowcy biją, mają ukryty bunkier, w końcu mordują ludzi we wiosce. A w jednym miejscu jest o jakimś “Ogniu”. Dla dziecka, które nie zna historii, to również wywołuje przerażające wrażenia.
Nie da się ukryć, żołnierze LWP, AL i Armii Czerwonej byli ćwiokatymi łachmanami 😀
Aleksander Ford to żyd – nie unikajmy tego słowa. Był wykładowcą, a jego uczniami byli wspomniany Wajda oraz pedofil Polański. Czemu, a jak to, a skąd ta nienawiść, itd. się zastanawiamy. A no bo zamiast Biblii mieli Talmud.
To jeszcze jakiś paszkwil ma wejść na ekrany, jeszcze skurwysynom mało? Chyba pałami trzeba hołotę pogonić.