Dezerter Emil Czeczko podczas trwającej trzy godziny konferencji prasowej zorganizowanej 10 lutego przez centrum Systemowa Ochrona Praw powiedział, że od 9 do 18 czerwca ubiegłego roku codziennie rozstrzeliwał około 20 osób. Według niego, w ciągu dziesięciu dni, które spędził na granicy polsko-białoruskiej, mogło zginąć od 200 do 700 migrantów. On sam, jak twierdzi, kilkakrotnie próbował porozmawiać o zaistniałej sytuacji z przełożonymi, ale oni mieli go nie słuchać.

Emil Czeczko opowiadał na konferencji, że 6 czerwca 2021 r. na rozkaz ppłk Mateusza Kujawskiego o drugiej w nocy pojawił się w swojej jednostce wojskowej, aby później wyruszyć na patrol granicy polsko-białoruskiej. Razem z nim do obozu polowego w okolicach Siemianówki udał się również jego kolega Tomek Rojek. Na miejscu spotkali innych żołnierzy: Marcina Popiaka, Kamila Karwowskiego i Tomasza Wyjskiego. Zobaczył tam swojego kapitana Marka Adamiaka oraz jakiegoś innego kaprala.

Czeczko mial razem z kolegą Rojkiem i pogranicznikami Tomkiem i Bartkiem wyjechać na patrolowanie granicy. Według jego słów, pierwszego dnia przed służbą zatrzymali się na stacji benzynowej, gdzie Straż Graniczna kupiła piwo dla wojska – po sześć puszek na każdego żołnierza. Według niego piwo kupowano dla wojskowych również w kolejnych dniach.

Straż Graniczna, zdaniem dezertera, była uprzejma i życzliwa. Pierwszy i drugi dzień minęły spokojnie – grupa jeździła SUV-em po drogach i lesie, rozmawiała na różne tematy i piła piwo. Późnym wieczorem żołnierze wracali do obozu polowego.

Rankiem 8 czerwca, pogranicznik o imieniu Tomek miał pokazać Czeczce zaświadczenie oficera kontrwywiadu. Tego samego dnia grupa patrolowa, w skład której wchodził Czeczko, zobaczyła mężczyznę, który biegł od strony granicy. Straż graniczna kazała Emilowi ​​go zatrzymać i zabrać do SUV-a, co też zrobił.

– Usłyszałem ostry dźwięk – to był strzał. Odwróciłem się i zobaczyłem, że Tomek zastrzelił człowieka. Spojrzałem na Tomka Rojka – on też był w szoku. Bartek kazał nam pochować zmarłego, wskazując na naturalne wgłębienia przy drodze. Wykopaliśmy 40-centymetrowy dół, ale pogranicznicy kazali wykopać kolejny dół – dalej od drogi – powiedział Czeczko.

Według słów dezertera, polscy pogranicznicy mieli zabrać pieniądze z kieszeni zastrzelonego mężczyzny.

Czeczko następnego ranka chciał opowiedzieć przełożonym o tym, co się wydarzyło, ale kapral machnął ręką i kazał ponownie wyruszyć na patrol.

Jak opowiada dalej, 9 czerwca samochód terenowy z grupą patrolową skręcił w las i wjechał na polanę, na której przebywali już migranci. Wykopano tam dół, obok którego stała ciężarówka wojskowa. Żołnierzom kazano strzelać do ludzi. Równocześnie pogranicznicy, zmuszając żołnierzy do rozstrzelania migrantów, celowali w głowę Emila oraz Rojka.

– Wyglądało to tak, że egzekucje odbywały się według tego samego scenariusza. Strażnicy graniczni stali za nami z bronią i celowali w nas. I mogę o tym mówić, bo zauważyłem, odwracając się, że znajdujemy się przed lufą. W następnych dniach nawet się nie odwracałem – powiedział były żołnierz.

W taki sposób, według jego słów, do 18 czerwca Czeczko codziennie rozstrzeliwał około 20 osób. Pewnego dnia podszedł do dołu i zobaczył, że tam znajdowało się więcej zwłok niż było osób, które on i Tomek zastrzelili.

Według dezertera, 19 czerwca wojsko otrzymało rozkaz powrotu do swojej jednostki. Czeczko powiedział, że po raz kolejny próbował porozmawiać o tym, co się wydarzyło. Podczas tej rozmowy, jego kolega Kamil podobno powiedział, że zbiorowa mogiła, w której znajdowały się rozstrzelani migranci, mogła pomieścić około 70 ciał. Inny kolega Marcin twierdził, że zmieściłoby się tam 62-64 zwłok.

– W ciągu 10 dni mojej służby mogło zginąć od 200 do 700 osób – uważa Emil Czeczko.

Strzelaliśmy w dwójkę. Trudno powiedzieć, ile osób każdy z nas zastrzelił. Pierwszego dnia zastrzeliliśmy około 20 osób, a grupy ludzi były takie same [liczebnie] przez następne 10 dni. Łatwo policzyć, że około 200 osób zostało zabitych przeze mnie i mojego kolegę – wyjaśnił nieco później Emil, odpowiadając na pytania.

W jednym z poprzednich wywiadów powiedział też, że wiedział o zabitych na granicy wolontariuszach. Na konferencji prasowej wyjaśnił, że nie był świadkiem zdarzenia i jedynie słyszał o tym z rozmów żołnierzy.

„Kiedy wróciliśmy do jednostki wojskowej, słyszałem, jak dowódcy mówili, że zginęli wolontariusze, ale nie wiem, o kim konkretnie mówili” – powiedział Czeczko na konferencji prasowej.

Zaznaczył też, że za każdym razem wybierano nowe miejsce egzekucji. Jak sądzi, inni żołnierze również mogą być zaangażowani w podobne zabójstwa migrantów na granicy. Jednocześnie samym wojskowym zabroniono mówić o egzekucjach na granicy z Białorusią.

„Powiedziano nam, że nie będziemy podpisywać żadnych dokumentów, ale ciągle dawali do zrozumienia, że ​​nie warto rozmawiać o tym, co się stało na granicy” – powiedział Emil.

Odpowiadając na pytanie jednego z dziennikarzy, powiedział też, że ofiary zwykle milczały przed rozstrzelaniem, ale ci, których wyciągano z ciężarówek, krzyczeli. Również wśród tych osób miał widzieć jeden raz kobietę i jeden raz dziecko.

Czeczko wspominał, że widział kiedyś, jak jeden z migrantów próbował uciec. Następnie rzekomo został zastrzelony przez Kamila Karwowskiego.

– Oczywiście uważam się za mordercę, bo musiałem strzelać do ludzi. Prezydent Duda i premier Morawiecki, jak sądzę, nie mogli nie wiedzieć o tej sytuacji, więc skoro wiedzieli i nie reagowali, to kim są, jeśli nie mordercami?

Dezerter przyznał też, że po wszystkim, co przeszedł, zaczął spożywać duże ilości alkoholu.

Poza tym były żołnierz podzielił się swoimi życiowymi planami.

– Chcę znaleźć pracę i żyć jak człowiek. Mogę powiedzieć, że zdecydowanie nie planuję dalszej służby wojskowej. Nie mógłbym już wziąć broni w ręce – powiedział.

Obecnie Emil Czeczko jest świadkiem w sprawie karnej wszczętej przez Komitet Śledczy na Białorusi. Jego interesy w kraju i za granicą reprezentuje centrum Systemowa Ochrona Praw. Jego dyrektor Dmitrij Bieliakow poinformował, że zawarto odpowiednią umowę z organizacją i byłym polskim żołnierzem.

Wyjawił również, że Systemowa Ochrona Praw wysłała listy z pytaniami o opisaną sytuację do MON i Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Dodał także, że odpowiednie zapytania zostały przekazane również polskiej ambasadzie.

Według Bieliakowa, 21 stycznia prawnicy ośrodka napisali oficjalne pismo do prokuratury międzynarodowego trybunału w Hadze z prośbą o wszczęcie sprawy o ludobójstwo i zbrodnie przeciwko ludzkości wobec uchodźców. Stamtąd – powiedział dyrektor ośrodka – otrzymaliśmy odpowiedź, że wniosek został przyjęty.

Bieliakow opowiedział także o samym Czeczce. Według niego Emil jest polskim patriotą, który pozytywnie wypowiada się o swoim kraju i jest w pełni świadomy swojej odpowiedzialności. Emil dużo czyta i zna się na historii, uwielbia piwo i mięso, a także biega – podzielił się dyrektor Systemowej Ochrony Praw.

Mówiąc o sytuacji z „egzekucjami migrantów”, Bieliakow zauważył, że w opinii jego organizacji, za budową muru na granicy polsko-białoruskiej kryje się chęć ukrycia śladów zbrodni opisanych przez Emila Czeczkę.

– Chcemy, aby przeprowadzono rzetelne śledztwo – powiedział Bieliakow i dodał, że ośrodek zna pracę Trybunału Haskiego. Systemowa Ochrona Praw ma świadomość tego, że w przypadku wszczęcia sprawy karnej, w jej ramach będą przeprowadzane różne ekspertyzy, w tym przesłuchanie z użyciem wariografu. Czeczko podpisał już oświadczenie o gotowości na to badanie.

Przypomnijmy, że Emil Czeczko uciekł na Białoruś 16 grudnia. Poprosił o azyl polityczny. Wszczęto przeciwko niemu postępowanie karne za dezercję – grozi mu kara do 10 lat więzienia. W związku z całą sytuacją jego dowódcy zostali zwolnieni. Wcześniej Emil Czeczko opowiadał w białoruskiej państwowej telewizji, jakoby polskie wojsko rozstrzelało wolontariuszy, którzy chcieli pomóc migrantom. Do tej pory na ani jedną wypowiedź Czeczki nie znaleziono potwierdzenia ani dowodów.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię