W ciągu kilku ostatnich dni, po wydarzeniach związanych z rocznicą Obozu Narodowo-Radykalnego, obchodzoną w Białymstoku, wywiązało się wiele dyskusji na temat samej organizacji, jak i postaw, które różne osoby i środowiska zaprezentowały wobec niej. Wśród ataków, roztrząsań słuszności postulatów, prób brania w obronę ONR-owców usłyszałem w kilku prywatnych rozmowach, iż powinniśmy iść bardziej z duchem czasu. Kilkukrotnie usłyszałem intrygujące stwierdzenie, iż nasze myślenie, jako narodowych radykałów nie odpowiada dzisiejszym czasom, iż walczymy z wiatrakami i próbujemy budować idylliczną utopię oderwaną od ducha tego świata. Komentarze takie zasłyszane zostały z ust ludzi najczęściej niezwiązanych z żadną ideą (za jednym wyjątkiem zaledwie), żyjących z dnia na dzień i najczęściej interesujących się bieżącą polityką tylko wtedy, gdy media poruszają kolejną „wielką aferę”.

Oskarżenie to jest na tyle intrygujące, że chyba czas rozwiać wątpliwości i dać do zrozumienia, czym „duch tego świata” rzeczywiście jest i jakie jest nasze, narodowo-radykalne do niego podejście. Bo jakże wygląda obecny świat? W jakim stanie ducha są jednostki, żyjące w państwach wspaniałej niegdyś cywilizacji łacińskiej? Wieki rozwoju, przemian polityczno-społecznych, „filozoficznego progresu” stawiają nas dziś w takim, a nie innym momencie dziejowym, w punkcie zwrotnym dotychczasowej historii. Dziś, Narody, które wydały jednostki wielkie, pchające świat w technologiczny i często także filozoficzny rozwój, ojczyzny Newtona, Arystotelesa, Karola Wielkiego, zwycięzców spod Wiednia, Warszawy i Termopil są już obecnie niewiele więcej niż cieniem własnej chwały. Hekatomba II wojny światowej, podział Europy żelazną kurtyną oraz coraz większy i dogłębny kryzys myśli, starły przedwojenne ruchy, opierające się na idei, w proch. Europejczycy, prowadzeni przez lewicowych i liberalnych ideologów, forpocztę kulturalnego marksizmu, stopniowo odrzucali wszystko, co niegdyś definiowało cywilizację łacińską. Stopniowa laicyzacja zachodu zaczęła doprowadzać do nieuchronnych konsekwencji. Ducha doskonalenia się, zamieniono na bożka samozadowolenia. Stopniowo wypierano z umysłów jakąkolwiek wspólnotowość, negowano wartości wspólne, a na ich miejsce postawiono egocentrystyczny konsumpcjonizm podbudowanym przekonaniem, iż liczy się jedynie zaspakajanie własnych potrzeb. Całą moralność zaczęto budować na myślowym relatywizmie, na przekonaniu, iż nie ma absolutów – dobra i zła. Jest za to wybór człowieka, który należy tolerować i akceptować, niezależnie od kosztów. W ten sposób pozbywano się kręgosłupa zasad, jakie definiowały niegdyś człowieka i jakie budowały świat. Pozostał hedonizm, dążenie do mitycznego „szczęścia” przez zabawę i używanie życia oraz pogoń za pieniądzem i tanim materializmem.

Moralność? A po co dziś komuś wyrzuty sumienia? Kogo naprawdę obchodzi czy aborcja to morderstwo, skoro dla wygody można się problemu pozbyć? Kogo obchodzi czy homoseksualizm i pedofilia są dobre, czy złe? To wybór jak każdy inny. A efekty? Upadek instytucji rodziny, pogoń za pieniądzem, fala narkomanii, głosy o akceptacji coraz to dziwniejszych „orientacji seksualnych” i przede wszystkim upadek jakiejkolwiek moralności. W nowoczesnym społeczeństwie łatwiej zaistnieć jako skandalista niż wynalazca, jako wypromowany przez media, śpiewający o banałach śpiewak, niż jako myśliciel. Wzorami stali się celebryci żyjący z tego, iż są znani i sławni, a znani i sławni są głównie dlatego, iż notorycznie zwracają na siebie uwagę jakimś skandalem. Oczywiście nie jest to opis 100% jednostek, a w wypadku naszego kraju być może nawet nie większości, jest to za to trend niesiony zachodnim wiatrem postępowości, który jeśli się mu nie przeciwstawi teraz, to opanowywać zacznie i polskie społeczeństwo w takim stopniu, jak opanował Zachód.

W tym miejscu należy wiec wrócić do zadanej tezy – czy rzeczywiście narodowy radykał powinien „iść z duchem czasu”, wpasować się w „postęp”? Czy nie powinniśmy może trochę zluzować z tą „Wielką Polską katolicką”, odpuścić kilka spraw, zrewidować podejście do zasad i moralności? Czy nie powinniśmy pójść na delikatny kompromis w kilku kwestiach, by zyskać poparcie i niewątpliwie, kilka nowych twarzy w ruchu? Odpowiedź może być tylko jedna i sądzę, że dla każdego narodowego radykała i zarazem, dla każdego katolika jest dość oczywista. ŻADNEGO KOMPROMISU ze zgnilizną toczącą ten świat i żadnej zgody na przeszczep tej gangreny na jeszcze w miarę zdrową polską tkankę! Dziś, w erze totalnego zepsucia nasz przykład bezkompromisowej obrony Boga, Idei i ponadczasowych wartości jest potrzebny jak nigdy. Wśród morza zagubionych dusz opętanych pogonią za niskimi pobudkami potrzebny jest radykalny przykład ludzi wyznających ideały, których walka wykracza poza doczesne i ziemskie pobudki. Dla nas budowanie Wielkiej Polski to nie sama chęć stworzenia silnego i dostatniego państwa (choć i to jest celem oczywiście), ale przede wszystkim odbudowanie ducha Narodu zdeptanego z jednej strony przez komunizm i nadgryzanego z drugiej przez liberalną zarazę. Nie podoba się to oczywiście tym wszystkim, którym obecny stan rzeczy odpowiada albo tak już wgryźli się w obecną sytuację, że nie wyobrażają sobie jej zmiany. I dlatego wiecznie będziemy słyszeli obelgi ciskane w naszą stronę oraz oskarżenia o najgorsze zamiary, by nas ośmieszyć i wypchnąć poza margines. Ale niezależnie do tego, co siły nam przeciwne wytoczą naprzeciw nam, nie wolno nam się poddać. Jak nigdy nasz głos i postawa są potrzebne i muszą wybrzmiewać na przekór wszystkim konformistom i sprzedawczykom.

„Tylko ci, co mają wiarę, wracają i stawiają czoła przeznaczeniu! Wierzcie! Walczcie! Świat się traci albo zdobywa. Zdobądźcie go! Na ludzkiej pustyni, gdzie beczy stado baranów, bądźcie lwami!” Léon Degrelle

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię