„W ostatniej chwili nie będę wznosił żadnego okrzyku, gdyż wrzasku nie lubię. Gdybym jednak wzniósł jakikolwiek okrzyk, to żaden inny, jak tylko Niech żyje Niepodległa Polska. Idea niepodległości była zawsze prawdziwą myślą mego życia i myśli tej nie zatraciłem nigdy”
polski socjalista, jeden z przywódców Organizacji Bojowej PPS, powieszony na stokach Cytadeli
Niech ten cytat przewodni posłuży za haust zimnej wody na gorące głowy tych, którzy, wzorem pewnego liberała w muszce, wszystkich socjalistów ponabijaliby na pal. A teraz, z chłodnymi głowami, przejdźmy dalej. Ktoś napisał kiedyś, że aby móc walczyć, trzeba najpierw mieć grunt pod nogami, powietrze, światło i przestrzeń. Z perspektywy narodowej, to istotne stwierdzenie dla Polaków. Jesteśmy bowiem narodem walecznym z natury, chociaż nasz grunt i naszą przestrzeń, jaką jest państwo, wielokrotnie dzielono i sztucznie zmieniano jej granice, a my sami w konsekwencji masowej emigracji niejednokrotnie znajdowaliśmy się daleko poza tymi granicami (co bynajmniej nie zabiło w nas polskości). Dzisiejsi narodowcy lubią odwoływać się do historii II RP. Można jednakże odnieść wrażenie, że robią to jednopoziomowo, nie zdając sobie sprawy z pełnego wymiaru walki o tożsamość i o byt, jaka zaszła w okresie kilkudziesięcioletnim, poprzedzającym powrót Polski na mapę świata. A przecież ten właśnie okres, stanowiący na naszych terenach niesamowitą hybrydę walki o charakterze socjalnym i walki o charakterze narodowym, uformował myśl postaci, które niemalże od zera zbudowały gospodarkę II RP. Zrozumienie lub brak zrozumienia specyfiki tego procesu rzutuje zaś na naszą dzisiejszą myśl polityczno – gospodarczą i niepotrzebnie dzieli środowiska nacjonalistyczne.
Przede wszystkim trzeba brać pod uwagę fakt, że w latach 20. XX wieku stanowiliśmy naród politycznie wydziedziczony i gospodarczo rozbity. Pod względem infrastruktury, transportu i systemu pieniężnego byliśmy porozszczepiani do tego stopnia, że trzeba byłoby napisać o tym osobny artykuł. Na przestrzeni przeszło stu lat pozostawaliśmy podbici i podzieleni pomiędzy trzy imperia, z których każde realizowało osobną politykę i nadawało polskim ziemiom inny kierunek gospodarczy. Dla Niemców stanowiliśmy zaplecze surowcowe i rolnicze. W zaborze rosyjskim odsunięta od politycznych wpływów burżuazja i osadnictwo miały pod względem ekonomiczno-społecznym identyczne przywileje, co te same warstwy społeczne narodu rosyjskiego. Nie istniały bariery celne, co gwarantowało burżuazji Królestwa Polskiego wolny dostęp do rynku rosyjskiego, a więc i dodatkowe zyski, których sam rynek wewnętrzny nie byłby w stanie zapewnić. To rzutowało na stosunek burżuazji do zaborcy. Galicja zaś stanowiła jedynie zaplecze zaboru austriackiego, co wykluczyło ją z głównych nurtów życia ekonomicznego i skazało na sytuację, w której małorolni chłopi sprzedawali swoje ostatnie ubranie, aby właścicielowi ziemskiemu zapłacić za zebrane w lesie szyszki i igliwie na opał.
„Polesia czar” widziałem nie od strony dobrobytu romantyzującego ziemiaństwa polskiego, dzierżącego w swych rękach majątki o tysiącach hektarów ziemi ornej i łąk i jeszcze większych obszarów lasów, ale od strony tragedii chłopów małorolnych i bezrolnych, pracujących na ziemiach obszarniczych przeważnie z tytułu odróbki czynszu dzierżawnego za kawałek gruntu. […] Wegetowali w ledwie trochę podreperowanych po wojnie chałupach albo i w ziemiankach bez okien. Kawałek pola zaoranego przy pomocy krowiny, sochą albo i ręcznie motyką nie mógł wyżywić rodziny. Żywicielem był odwieczny las. Chłop do lasu szedł jak po swoje, aby uzbierać suszu na opał lub przynieść kawałek brzozy dla zrobienia drewnianej łyżki, albo znów łyka brzozowego na jedyne obuwie Poleszuka – łapcie. Ale las należał do obszarnika. Wystarczyło gajowemu złapać kilku chłopów w lesie, aby na podstawie spisanego protokołu o wyrządzonych szkodach obszarnik zaskarżył całą wieś do sądu o kradzież. Sądy nawet nie wzywały na sprawę setki nieraz oskarżonych, lecz zaocznie nakładały kary, a komornik zabierał chłopu nieraz ostatnią krowinę lub poduszkę. Widziałem dzieci obdarte, bose, spuchnięte z głodu.”
(W. Uziembło. Wspomnienia 1900-1939, Warszawa 1965, s. 253 – 254)
Sam Władysław Grabski, minister skarbu i dwukrotny premier II RP, autor reformy walutowej, pisał o braku solidaryzmu polskich właścicieli ziemskich z chłopami, co dezintegrowało życie społeczne, tożsamość narodową i gospodarkę Polski, zanim jeszcze zdążyła się odrodzić. Wpływ ustroju folwarczno-pańszczyźnianego Grabski podsumowywał w ten sposób: „włościanin oduczył się zupełnie zbiorowo cośkolwiek postanawiać i wykonywać”, a XIX wiek, według Grabskiego, uczynił wieś „[…] luźną kupą rodzin bez świadomości należenia do zorganizowanego społeczeństwa” (W. Grabski, Wpływ ustroju agrarnego folwarcznego na życie społeczne wsi). Wincenty Witos pisał zaś, że chłop uważał się za „niższe i mniej wartościowe stworzenie od innych… Był niewolnikiem tak z krwi, z tradycji, wychowania, jak i z własnej roli” (W. Witos, Moje wspomnienia).
A jak sytuacja miała się w usługach? Piekarze pracowali po 16 godzin dziennie przy temperaturze dochodzącej do 50 stopni, a piętnastoletnich chłopców, którzy zasypiali przy pracy ze zmęczenia i skwaru, bito.
„[…] Bito nas przy budzeniu do pracy, bo nie każdy i nie zawsze mógł wstać na pierwsze zawołanie, bito za źle wykonaną pracę, […] bito, aby podkreślić różnicę między chłopcem terminatorem a panem czeladnikiem, wreszcie bito, aby odbić to, co się samemu dostało w terminie […] Piekarz w piekarni był tylko bydlęciem roboczym, bezsilnym i tępym jak narzędzia, którymi pracował. Poza piekarnią był najczęściej pijanym i obdartym zwierzęciem dwunożnym, którym wszyscy gardzili, a on za to wszystko nienawidził, bo i sam dla siebie szacunku mieć nie mógł”.
Marian Płochocki, wspomnienia,
Jeśli chodzi o przemysł, skupimy się na liczbach, aby nikt nie zarzucił mi wybiórczego cytowania. Dzień roboczy trwał, w zależności od gałęzi i od rejonu, od 10 do 15 godzin. Średnia płaca robotnicza w Królestwie Polskim wynosiła około 20 rubli miesięcznie, czyli równowartość 250 kg mąki. Kobiety otrzymywały płacę 30-50% niższą od płacy mężczyzn (a pracować musiały, bo z jednej pensji nie dało się utrzymać rodziny). Nie istniało ograniczenie dnia pracy. Pracując kilkanaście godzin na dobę, pieniędzy ledwie starczało na życie, niemożliwością było więc odłożenie czegokolwiek na emeryturę, a system emerytalny, tak jak i system ubezpieczeń czy ochrona pracy, nie istniał. W kwartalniku „Ekonomista” w marcu 1905 wyliczono, że na ogólną kwotę płac robotników przemysłowych i transportowych, wynoszącą około 65,6 mln rubli rocznie, czysty dochód kapitalistyczny wynosił 140 mln rubli. W praktyce znaczyło to, że kapitalista otrzymywał w postaci wartości dodatkowej około 2/3 produktu pracy robotnika. Burżuazja miała więc pod władzą rozbiorową dobre warunki bogacenia się i dążenia niepodległościowe nie zawsze były jej po drodze (trzeba też pamiętać, o czym dzisiejsza romantyzująca młodzież czasem zapomina, że XIX wieczna burżuazja nie miała nic wspólnego ze szlachtą poprzednich wieków i z inteligencją).
Aby nie być gołosłowną zacytuję tutaj depeszę przemysłowców Zagłębia z 8 listopada 1905 do Georgija Skałona:
„Nie możemy nie zwrócić uwagi Waszej Ekscelencji na fakt, że znajdujące się tutaj siły wojskowe […] są całkowicie niewystarczające dla zduszenia przygotowywanego otwarcie powstania polskiego […] prosimy więc o możliwie jak najszybsze przysłanie rzeczywiście dostatecznych sił wojskowych […] a gdyby te na skutek trudności kolejowych (strajk kolejarzy) nie mogły być wysłane natychmiast, to czy nie byłoby możliwym zwrócić się z prośbą do władz wyższych o przyjacielskie współdziałanie wojsk niemieckich, ponieważ handlowe interesy Niemiec w przedsiębiorstwach tutejszego rejonu są ogromne”
(Archiwum Główne Akt Dawnych w Warszawie, GGW 103725 k. 351)
Przyjacielskie współdziałanie wojsk niemieckich… Czy to nie brzmi znajomo?
Mit XIX wiecznego kapitalistycznego raju quasi-darwinistycznej „sprawiedliwości”, propagowany przez dzisiejszych zwolenników wolnorynkowej międzynarodówki, można więc włożyć między bajki, tak samo, jak mit o solidaryzmie klasowym w obrębie narodu, o nieistotności narodowości kapitału i o dobrobycie „spływającym” na niższe klasy dzięki niewidocznej ręce rynku. Zarówno przykłady XIX wieku, jak i dzisiejsze, pokazują, że w wolnym rynku ręka rękę myje, a to, co spływa na klasy pracujące, to w najlepszym wypadku brudne popłuczyny. Burżuazja, dawna i dzisiejsza, za pomocą zwykłej demagogii próbuje stworzyć sobie kolejne pokolenia taniej siły roboczej. Ktoś może powiedzieć, że takie jest prawo natury. Problem w tym, że naturalna ludzka skłonność do cywilizacyjnego parcia do przodu (stanowiąca z jednej strony piękno, a z drugiej niewątpliwy tragizm naszej egzystencji) paradoksalnie stworzyła ogromne nieorganiczne społeczeństwa, którym brak naturalnego porządku. Staje się to szczególnie widocznie, kiedy mniej lub bardziej naturalne granice kraju o wspólnym bycie etniczno-kulturowym zostają zlikwidowane (na przykład poprzez rozbiory), a ziemia podzielona, rozerwana pomiędzy różnokierunkowe byty kulturowe i gospodarcze. Naiwnością byłoby twierdzić, że ci, którzy mogą wzbogacić się na podobnym stanie rzeczy, solidaryzm narodowy z niższymi klasami przedkładaliby ponad zysk lub ponad własne ekonomiczne przetrwanie. Naiwnością i szczytem utopijnego myślenia jest również sądzić, że ci, którzy bogacą się na takim porządku rzeczy, dostają się na szczyt ze względu na siłę ducha i ciała bądź szlachetność charakteru. Sam Dmowski w swoich powojennych spostrzeżeniach pisał, że niski poziom polskich sfer gospodarczych (zrozumiały ze względu na to, że byliśmy świeżo odrodzonym państwem) doprowadził do patologicznej sytuacji, w której osoby czy grupy sprytniejsze i mniej krępujące się skrupułami, z powodzeniem załatwiały swoje partykularne interesy, a wpływy krajowej wytwórczości na politykę państwa sprowadzały się niemal do zera (Szołucha, Naród i ekonomia, str.21).
Nic więc dziwnego, że w okresie poprzedzającym utworzenie II RP, polskie podziemie wrzało od ruchów narodowo-wyzwoleńczych i robotniczo-wyzwoleńczych jednocześnie. Struktury i ideologie narodowościowe i socjalistyczne przenikały się wzajemnie. Społeczeństwo stało przed problemem zarówno wyzysku klasowego, który jest naturalną konsekwencją samowolki kapitalistycznej międzynarodówki, jak i narodowego, który był tym silniejszy im silniejsza stawała się germanizacja i rusyfikacja narodu polskiego.
Stąd tak wiele nurtów w politycznym podziemiu, dziś często w uproszczeniu sprowadzanych do piłsudczyków i endeków, albo do socjalistów i narodowców. Dzisiejsza skrajna prawica zdaje się, nie wiedzieć czemu, w kwestii socjalistów rozpoznawać jedynie nieco zrehabilitowanego w ich oczach Piłsudskiego, no i rzecz jasna nieco mniej zrehabilitowany nurt, reprezentowany przez Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy oraz lewe skrzydło Polskiej Partii Socjalno- Demokratycznej Galicji i PPS Zaboru Pruskiego (w skrócie „komuchy” albo „czerwoni”, razem z Millerem, Tuskiem i Biedroniem). Ten ruch rzeczywiście stawiał na międzynarodową rewolucję socjalistyczną, która jakoby „siłą rzeczy” docelowo miała – dzięki emancypacji warstw robotniczych — doprowadzić także do wolności narodowej. Do czasu dominacji i krystalizacji skrajnych poglądów elementów kulturowo nam obcych, ten drugi punkt, tzn. emancypacja narodowa, był bardzo istotny. Ale tak czy owak, nurt reprezentowany przez SDKPiL nie był, wbrew pozorom, dominujący. Nie miał też nic wspólnego z tak zwanym „multi-kulti”, z którym lubi się dziś łączyć socjalistów, bo multikulturalizm i internacjonalizm w walce o dobro określonych klas społecznych, historycznie, nie idą w parze. Multikulturalizm w dzisiejszym pojęciu jest zjawiskiem względnie nowym, wywołanym sztucznie przez działania imperiów kolonialnych (dziś NATO), a podłapanym przez lewacką awangardę, która z prawdziwą lewicą czy z socjalizmem w jego pierwotnej postaci nie ma nic wspólnego.
Nurt SDKPiL w końcu zdominowała (w teorii, nie w praktyce) ideologia głoszona m.in. przez Różę Luksemburg (polską żydówkę z niemieckim obywatelstwem), która w publicznych wypowiedziach atakowała „socjalpatriotów” z PPS za ich narodowościowe postulaty, tym samym dając na międzynarodowym forum wrażenie, że Polacy są społeczeństwem ideologicznie rozbitym, które potrzebuje „pomocy” z zewnątrz. Brzmi znajomo?
A co z tymi „socjalpatriotami”, przed którymi ostrzegano? Współpracy z PPS-em bał się żydowski Bund, ze względu na rzekomy nacjonalizm tych pierwszych. Nurt reprezentowany przez Polską Partię Socjalistyczną oraz kierownictwo Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej i kierownictwo PPS-zp rzeczywiście wysuwał bowiem na przód walkę o niepodległą republikę polską. W tym ruchu – wśród innych postaci — znalazł się Piłsudski i jego pomysł z uwikłaniem w wojnę u boku Japonii w roku 1904, przeciwko Rosji, co wyperswadował Japończykom Dmowski. Jeśli wśród dzisiejszej rewolucyjnej młodzieży znajdują się jeszcze tacy (choć na szczęście wygląda na to, że już coraz mniej), którzy najchętniej „zaje****by kacapa” albo „rozpędzili tę ruską dzicz” to pamiętajmy, że Dmowski zaje**ć kacapa i rozpędzać dziczy po pierwsze nie chciał, a po drugie wiedział, że to się pod żadnym względem nie opłaca.
Lewe skrzydło PPS natomiast, w przeciwieństwie do prawego skrzydła i Piłsudskiego, odzyskania niepodległości upatrywało w rewolucji europejskiej i posunięciach społeczno – politycznych w państwach zaborczych: stąd współpraca z proletariatem innych narodów, nie miało to jednak na celu „roztopienia” Polski w internacjonalizmie, a wręcz przeciwnie: uzyskanie niepodległości ekonomicznej i, w konsekwencji, politycznej. Jednocześnie powstała secesyjna partia PPS Proletariat, stawiając sobie za cel wspólną walkę z rewolucjonistami rosyjskimi o demokratyczną konstytucję w Rosji, która zrównałaby Polaków w prawach z Rosjanami i dała możliwość decydowania o własnych sprawach.
No i w końcu, była endecja, która postulowała rozwiązania pragmatyczne do stopnia, z którym chyba nie sympatyzowałaby większość dzisiejszych „szeregowych” narodowców. Endecja postulowała odstąpienie caratu od rusyfikacji, ale, jako że działania narodowowyzwoleńcze endecja uznawała za nierealistyczne, Królestwo Polskie pozostać miało w ramach imperium rosyjskiego. Dopuszczenie zaś polskich klas posiadających do rządzenia krajem miało zapewnić caratowi spokój w tej części imperium.
Dziś zapomina się o pierwszym wielkim zrywie niepodległościowym, który miał w Polsce miejsce pomiędzy rokiem 1905 i 1907, i w którym główną rolę odegrały warstwy ludowe, głównie klasa robotnicza. Po 40 latach od upadku powstania 1863 r. to właśnie polscy robotnicy i ich polityczna reprezentacja wskrzesili tradycję walki narodowo-wyzwoleńczej i porwali za sobą masy. To dzięki rewolucji robotniczej pojawiła się wykluczona wcześniej możliwość tworzenia polskich instytucji i organizacji społecznych, polskiego szkolnictwa prywatnego i ruchu spółdzielczego. To pod naciskiem rewolucjonistów car poszedł na ustępstwa i język polski wrócił do polskich szkół. Pod presją protestujących robotników zelżała cenzura i zezwolono na używanie języka polskiego w urzędach gminnych. Później, pod naciskiem fabrykantów, część z tych rozwiązań została zniwelowana i gdy Narodowa Demokracja weszła do Dumy, polski udział w zaborowym życiu politycznym stał się jedynie fasadowy (tak jak i zresztą możliwości ówczesnej Dumy jako całości).
Po traktacie wersalskim odrodzona Polska była więc pełna potencjału zarówno narodowowyzwoleńczego, jak i robotniczo-wyzwoleńczego i naiwnością byłoby sądzić, że główni ekonomiści II RP nie byli zainspirowani przez oba te nurty. Właściwie, ciężko jest nawet te nurty rozdzielić, razem tworzyły bowiem wartki strumień, który spłynął potem, łzami i krwią dziesiątek tysięcy Polaków.
W latach 1905-1907 w obawie przed manifestacjami w Królestwie Polskim zwoływano 40 tysięczne wojsko, tak samo, jak teraz w obawie przed marszami nacjonalistów zwołuje się policję i tworzy ustawy o „bratniej pomocy”. Okładka nowego Newsweeka straszy czytelników tym, że „idą brunatni”. Byłoby naiwnym i nieco narcystycznym z punktu widzenia nacjonalistów, sądzić, że te dzisiejsze policyjno – opiniotwórcze ataki, manipulacje i perfidne kłamstwa są wymierzone stricte w nacjonalizm, tak samo, jak naiwnym i narcystycznym z punktu widzenia socjalistów byłoby twierdzić, że nasi zaborcy bali się po prostu socjalistów. To nie nacjonalizm, czy socjalizm stoją za rewolucjami proletariatu, czy dzisiejszego budzącego się prekariatu. Rewolucja, tamta i dzisiejsza, są tylko (i aż!) reakcją na masowy wyzysk, a towarzyszące im ideologie to wynikowa ducha czasów, zewu krwi i gromadzonych przez lata doświadczeń na tle kultury.
Nic dziwnego, że jeden z głównych ekonomistów Narodowej Demokracji, Stanisław Grabski (brat wspomnianego już wcześniej Władysława), wywodzi się właśnie z szeregów Polskiej Partii Socjalistycznej, której był współzałożycielem. „Ale jak to?!”, pytają teraz domorośli wolnorynkowcy, przecież „raz sierpem raz młotem!” i „precz z komuno!”. „Przecież dobrobyt mas opiera się na przedsiębiorczości gospodarujących jednostek!”. Przecież „ważni są nie ludzie pracy, a ludzie po pracy!”. „Przecież siłą napędową gospodarki jest zaspokojenie potrzeb własnych, bla, bla, bla i „dziewczynki”! „Przecież jeśli będę robił dobre paróweczki to niewidzialna ręka rynku magicznym pstryknięciem uczyni mnie parówkowym magnatem”. Cóż.
Grabski, jak pisze Marian Szołucha w książce „Naród i ekonomia: myśl społeczno-ekonomiczna Narodowej Demokracji w okresie II RP”, gospodarstwo indywidualne postrzegał jako część składową gospodarstwa społecznego, zależną od niego w swoim powstaniu i działalności. Zdaniem Grabskiego, jak pisze Szołucha, najważniejszym celem poszczególnych gospodarstw jest wytworzenie dobra zdolnego do wymiany, a przez to posiadającego wartość dla społeczeństwa. Dokonujący się w ciągu wieków proces rozwoju społecznego jest zaś uwarunkowany rozwojem osobowościowym człowieka funkcjonującego w ramach kolektywu. Grabski nie był więc zwolennikiem kapitalizmu, a co najwyżej kapitalizmu narodowego, gdzie neoliberalny indywidualizm i darwinizm społeczny (w którym „silny”, tj. bezwzględny i sprytny, wygrywa a reszta niech zdycha) jest wartością pejoratywną, a kapitał jak najbardziej posiada narodowość, która powinna być chroniona przez państwo. Dlatego też Grabski popierał uspołecznienie pewnych gałęzi przemysłu, a ulepszanie ustroju opartego na prywatnej własności upatrywał w niepozbawionej interwencjonizmu państwowego sprawiedliwości społecznej.
Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie „no dobra, ale co mi tam jeden Grabski”. Przyjrzyjmy się więc innym ekonomistom Narodowej Demokracji. Stanisław Głąbiński, reprezentujący Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne (od 1905 prezes) postulował stworzenie szkoły narodowej w ekonomii, której podstawą byłby naród i idea narodowa a narodowa gospodarka oparta byłaby na narodowych zasobach i narodowym kapitale. „Głąbiński odchodził więc od indywidualizmu szkoły liberalnej […] Twierdził, że abstrakcyjna analiza interesu osobistego, pomijająca interes narodowy, to wyłącznie hipoteza, która nie wyjaśnia rzeczywistości gospodarczej” (Szołucha). Głąbiński na ekonomię nie patrzył więc przez pryzmat gospodarujących jednostek, które jakoby siłą rzeczy tworzą dobrobyt dla siebie i swoich podwładnych. Przeciwnie: to, co nazywał gospodarstwem narodowym lub gospodarstwem społecznym (terminy używane zamiennie) postrzegał jako całość, której poszczególne elementy łączą zależności materialno-duchowo-prawne. Społeczny podział pracy uznawał w tej zależności za priorytet, a głównym podmiotem i celem gospodarstwa narodowego było dla Głąbińskiego całe społeczeństwo, nie indywidualny przedsiębiorca. Warto tutaj przypomnieć, że głównym założeniem nacjonalizmu jest właśnie spojrzenie zarówno na politykę, jak i na ekonomię przez pryzmat kolektywu, jakim jest naród, a nie przez pryzmat jednostki.
Żeby nie być posądzoną o stronniczość, muszę dodać, że przy wszystkich spostrzeżeniach, dotyczących zbiorowego pojmowania gospodarstwa narodowego, Głąbiński krytykował myśl ściśle socjalistyczną, postulującą minimalizację czasu pracy. Jednocześnie jednak w Narodowej polityce ekonomicznej pisał, że „umiarkowana praca […] jest potrzebą człowieka, ona wyrabia jego siły fizyczne i umysłowe”. Istnieje tu sprzeczność, sam bowiem Głąbiński używa wyrażenia „umiarkowana praca”; pozorna różnica zdań pomiędzy nim a częścią socjalistów, może mieć charakter jedynie pojęciowy i, jak to zwykle bywa w polskiej polityce, oparty na resentymentach. Patrząc z perspektywy czasu, widzimy, że postulowany niegdyś przez socjalistów, a wprowadzony przez genialnego kapitalistę H. Forda ośmiogodzinny dzień pracy, notabene (i tutaj zgodzę się z liberałami) napędzający gospodarkę poprzez tworzenie rynku zbytu (dziś rozregulowanego z powodu namnożenia wirtualnych usług i nadprodukcji wirtualnego pieniądza), był czymś, co w praktyce nie stoi w sprzeczności z poglądami Głąbińskiego. Wypada też dodać, że pojęcie socjalizmu zostało dziś wynaturzone przez zinfiltrowanych przez atlantyckich lobbystów zachodnioeuropejskich socjal-liberałów, tak samo, jak pojęcie nacjonalizmu zostało udemonizowane poprzez nie mniej zinfiltrowaną obcymi siłami III Rzeszę. Tak samo, jak polski nacjonalizm nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem niemieckim, polski socjalizm nie ma nic wspólnego z zachodnim socjalliberalnym umiłowaniem rozdawania zasiłków narkomanom i bezrobotnym Afrykańczykom. Socjalizm w swoim założeniu jest ruchem robotniczym, który na poziomie ideologicznym i praktycznym wprowadza kult pracy, a nie jej potępienie i walczy o prawa ludzi pracujących (którzy na takowe zasługują ze względu na swój rzeczywisty i namacalny potencjał produkcyjny), a nie o prawa ludzi bezrobotnych.
Teraz ktoś mógłby przyczepić się i spytać „ale co z Romanem Rybarskim?”. Czy Rybarski nie postulował czasem pomnożenia kapitału i czy nie wpłynęła na niego myśl liberalna w polityce gospodarczej? Po pierwsze socjaliści również, siłą rzeczy, dążą do pomnożenia kapitału, i to realnego, poprzez produkcję, więc nie ma potrzeby ulegania emocjom w tym zakresie. I tak właśnie Rybarski, jak opisuje to Szołucha, postulował zabezpieczenie dobrobytu narodu poprzez wzmocnienie jego sił produkcyjnych oraz nadanie całej wytwórczości takiego kierunku i takiej organizacji, by była ona skutecznym narzędziem potęgi politycznej narodu. Rybarski krytykował przewagę obcego kapitału w polskiej gospodarce i sprzeciwiał się ostrym podziałom klasowym, których źródłem było według niego gromadzenie bogactw przez jedną tylko warstwę narodu. Dalej, chociaż kapitalizację zdawał się stawiać ponad problematyką robotniczą, nie uznawał on przewagi kapitału nad pracą. Robotnik, według Rybarskiego, nie był przedmiotem gospodarstwa społecznego, ale, jak pisze Szołucha, jego „podmiotem i uczestnikiem”, jego ciałem twórczym. Uważał, że każdy robotnik powinien posiadać własne mienie, stąd postulował pomoc państwa i przedsiębiorstw dla robotników budujących własne domy. Proponował też reformę systemu ubezpieczeń, gdzie każdy płaciłby składki (!), jednak część z nich wracałaby do ubezpieczonego, jeśli korzystałby on z ubezpieczenia w stopniu niższym od standardowego. Rybarski, podobnie jak Głąbiński, uważał, że pewna ilość przedsiębiorstw publicznych jest konieczna, aby zachować niezbędną jego zdaniem równowagę między przedsiębiorczością publiczną a prywatną, między wielkością i rodzajem przedsiębiorstw (w przemyśle, rzemiośle, handlu i usługach), między produkcją rolno- przemysłową oraz między ruchem cen przemysłowych i rolnych. Co więcej, twierdził, iż należy powołać sąd kartelowy, orzekający czy kartele nie ograniczają nadmiernie konkurencji. Postulował również parcelację wielkich majątków ziemskich.
Na koniec warto wspomnieć o Jerzym Zdziechowskim, członku Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego i Ligi Narodowej, kontynuatorze reformy walutowej Władysława Grabskiego. Zdziechowski, jako minister skarbu, wprowadził w 1925 ustawę antydrożyźnianą, która upoważniła władze do bezpośredniej ingerencji w ceny podstawowych produktów żywnościowych, odzieżowych i innych artykułów codziennego użytku. Było to działanie prospołeczne, które jednocześnie stabilizowało operacje walutowe. Zdziechowski, w Micie złotej waluty, pisał, iż „Kontrola przez państwo poziomu cen, stosunku kapitalizacji dóbr trwałych do dóbr konsumpcyjnych, regulowanie obiegu pieniężnego i kredytu muszą nadać życiu gospodarczemu rytm prawidłowy odbierając ustrojowi kapitalistycznemu dwie wybitne cechy antyspołeczne: organizowanie wyzysku i ratowanie stanu posiadania przy pomocy depresji gospodarczej”. Twierdził, że trzeba „stworzyć system kierowania gospodarką narodową, która pracującym zapewni prawo do życia, a właścicielom kapitału zakreśli w interesie dobra publicznego – granice rozporządzania własnością”.
Nie piszę tego wszystkiego po to aby brnąć w niestety chyba typową dla dzisiejszej skrajnej prawicy, historyczną nekrofilię. Wiele z pojawiających się ostatnio głosów świadczy o tym, że chwilowy i widoczny głównie na facebooku pozorny sojusz ideowy pomiędzy sympatykami Ruchu Narodowego i fanatykami płodzącego nieślubne dzieci z 40 lat młodszymi kobietami liberała w muszce, ma się ku końcowi. Ostatnie wydarzenia związane z tzw. „taśmami Kukiza”, jak również (przede wszystkim) niedawne odejście ONR-u z Ruchu Narodowego, świadczą też jasno o fakcie, że nie ma na dłuższą metę sensu szukać sojuszu z mieszkanką politycznie miałkich populistów i różnej maści wkurzonych „antysystemowych” dziwaków. Ze wszystkich posłów Ruchu Narodowego, którzy dzięki sojuszowi z Kukizem weszli do Sejmu, czterech najprawdopodobniej opuści szeregi swojej rozszczątkowanej macierzystej partii. Słuszna inicjatywa wszczęta przez Winnickiego w sprawie gospodarczej świni, jaką w postaci TTiP próbuje nam podłożyć Ameryka, rozmywa się w paplaninie o kolejnych skandalach i rozłamach. Jedyny zaś polityk z głównego nurtu RN, który w kwestiach ekonomicznych ma do powiedzenia coś prawdziwie konstruktywnego, po załatwieniu w dobrej wierze raczej mało owocnego porozumienia dla swojej partii, do Sejmu zdecydował się nie wejść i od miesięcy zajmuje się sprawami z punktu widzenia gospodarczego i geopolitycznego drugorzędnymi, pozostając poza głównym nurtem politycznym, pisząc przyzwoitego, acz zdawkowego mikrobloga i marnotrawiąc swój dyplomatyczno-retoryczny talent poprzez tłumaczenie się w telewizji z mniej lub bardziej istotnych dla kogokolwiek posunięć swojego politycznie nieudolnego środowiska.
Warto chyba w tym momencie przypomnieć sobie, z czego zrodził się, cóż, może nie narodowy potencjał Polaków (bo ten ze względów genetycznych i kulturowych mamy ogromny od zarania dziejów), ale narodowowyzwoleńczy i rewolucyjny potencjał Polaków oraz nowoczesna myśl ekonomiczna i socjologiczna tych, którzy nazywają się narodowcami. Bo raczej prędzej, niż później, trzeba będzie budować nowe sojusze, a to – jeśli ma doprowadzić do emancypacji narodu – wymagać będzie wzajemnego zrozumienia środowisk nacjonalistycznych i otwarcia się na idee narodowe w duchu wielkiej zmiany, w którą nie można wkroczyć z jedną nogą wciąż utkwioną w błocie wybiórczo pojmowanej historii polskiej myśli narodowej.
Aleksandra Radlak
BIBLIOGRAFIA:
Dmowski, R. Świat powojenny i Polska, Wrocław, 1999
Grabski, W. System socjologii wsi, Roczniki Socjologii Wsi, Warszawa, 1938
Kaźmierczak, T., Rymsza, M. Kapitał społeczny. Ekonomia społeczna. Instytut Spraw Publicznych, Warszawa, 2007
Landau, Z., Tomaszewski, J. Gospodarka Drugiej Rzeczypospolitej, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa, 1991
Myśliński, J. Swobody fabryk i ziemi, Krajowa Agencja Wydawnicza, 1988
Szołucha, M. Naród i ekonomia: Myśl społeczno-ekonomiczna Narodowej Demokracji w okresie II RP, Szczecin, 2008
Tych, F. Rok 1905, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa, 1990.




























Ubezpieczenia są jak najbardziej o.k
Jednak każdy powinien opłacać je sobie samodzielnie.
Wtedy, urząd nie zjada części tych pieniędzy na swoje utrzymanie.