Rząd Beaty Szydło zdecydował się na zmianę cen akcyzy nałożonej na samochody sprowadzane do Polski. Do tej pory głównym kryterium wysokości podatku, który należało zapłacić ściągając do kraju samochód, np. z Niemiec była moc silnika. Przykładowo, nabywając niezwykle popularnego w Polsce, wyprodukowanego w 2002 roku VW Passata z silnikiem 1,9 TDI zza zachodniej granicy płaciliśmy 380 zł, od stycznia – kiedy ustawa wejdzie w życie – opłata wzrośnie aż do 2481 złotych. Wynika to z faktu, że nowa akcyza na importowane samochody zależna będzie głównie od roku wyprodukowania pojazdu.
Opłata (nie tylko) ekologiczna
Rząd tłumaczy zmiany zachęceniem Polaków do kupowania coraz to nowszych samochodów. Jest to kolejne tego typu działanie. Już podczas pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości w 2005 roku debatowano nad wprowadzeniem tzw. “podatku ekologicznego”. Po jego wprowadzeniu właściciele samochodów ponad dziesięcioletnich mieliby płacić 500 zł lub więcej (w zależności od wieku pojazdu). Projekt został wówczas odrzucony przez posłów. Po powrocie PiS do władzy wątek wprowadzenia podatku uderzającego w użytkowników ponad dziesięcioletnich samochód powrócił. Co ważne, nie byłaby to opłata jednorazowa, a coroczna. Początkowo rządzący chcieli uniknąć szumu i wprowadzić daninę bez medialnej wrzawy. Nie udało się. Wątek został podjęty przez media oraz opinię publiczną, która delikatnie mówiąc, nie była nim zachwycona.
Równocześnie chciano podzielić samochody na trzy kategorie, według spełnianych przez nie norm ekologicznych EURO 4,5 lub 6. Co również powiązane jest z rokiem produkcji auta. Wysokość tej daniny wahałaby się pomiędzy 200-500 zł, a jej punktem granicznym zostałby norma EURO 4.
Przeciw nałożeniu w tym samym czasie dwóch opłat na tych samych uczestników ruchu drogowego protestowali nawet, niektórzy członkowie partii znajdującej się u władzy. Ostatecznie odrzucono wprowadzenie obu tych opłat. Zamiast tego rząd postanowił uderzyć nowym mytem gdzie indziej…
Nowa akcyza
Do tej pory przy uiszczaniu akcyzy obowiązywał rozdział na pojemność silnika do 2000 cm3 i powyżej tej granicy. Stawki nałożone zostały w 2008 roku i w swoim założeniu miały mobilizować do wspierania produkcji krajowej oraz nabywania samochodów z małolitrażowymi silnikami – w założeniu bardziej ekologicznymi. Po zaprzestaniu produkcji przez FSO oraz znajdujące się na terytorium Polski fabryki Fiata, dotychczasowe stawki przestały spełniać swoje założenia według PiS-u.
W nowym roku akcyza zależna będzie od roku produkcji importowanego pojazdu oraz pojemności jego silnika. Reforma wprowadzi aż 32 stawki podatkowe. Największe opłaty nałożone będą na samochody najtańsze, czyli najstarsze. Najniższa wynosząca 424 zł dotyczy samochodów wyprodukowanych od 2016 roku i pojemności do 1199 cm3. Największa wynosząca 18864 zł obciążać będzie nabywców samochodów powstałych przed 2004 rokiem i pojemności silnika powyżej 4000 centymetrów sześciennych. Dzięki temu milionerzy zaoszczędzą często nawet dziesięciokrotnie na zakupie nowego lamborghini w 2017 roku.
Więcej wykluczonych
Założeniem “dobrej zmiany” w tym przypadku jest zmotywowanie Polaków do zakupu nowych samochodów prosto z salonów. Jeden z dziennikarzy telewizyjnych, informując o modernizacji stawek akcyzy, posunął się do żenującego dowcipu mówiącego o tym, że rząd być może chce zmusić Polaków, by zarabiali więcej. Poniekąd wyraził główny problem z nowymi opłatami. Niewielki procent Polaków stać na zakup nieużywanych aut. Według danych opublikowanych przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego w bieżącym roku zaledwie 6% ogółem zarejestrowanych samochodów stanowiły czteroletnie i młodsze. Natomiast aż 60% było udziałem ponad dziesięcioletnich.
Wykazuje się też zaskakującym brakiem empatii wobec rodaków. Polacy nie jeżdżą kilkunastoletnimi, używanymi samochodami, dlatego że taka jest moda, ale z najprostszego możliwego powodu. Mianowicie Polaków nie stać na nowe samochody! Wynika to z prostego faktu, iż zarabiamy o wiele mniej niż mieszkańcy Zachodniej Europy, a ceny nowych pojazdów mamy o wiele większe. Jeśli więc PiS na prawdę chciałby sprawić, aby obywatele III RP rzeczywiście sprawiali sobie auta prosto z salonów, sprawiłby, żeby przeciętne wynagrodzenie wzrosło. Zamiast tego rząd woli po raz kolejny uderzyć w najuboższych.
Nie trudno sobie wyobrazić do czego doprowadzą nowe stawki akcyzy. Polacy wbrew pozorom nie będą nabywać nowych samochodów – nie licząc wąskiego grona rodaków, których stać na podobny luksus. Wobec tego znaczna część najuboższych nie będzie mogła posiadać wcale samochodu, kiedy stanie przed koniecznością nabycia nowego, ponieważ dotychczasowy, np. rozbił się w wypadku etc. Wskutek tego spadnie mobilność społeczeństwa, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę koszmarny stan transportu publicznego.
Dla kogo “dobra zmiana”?
W 2015 roku dochody z akcyzy osiągnęły 1895,7 mld PLN. PiS chce jeszcze bardziej zwiększyć te wpływy. Rząd ma wydatki, więc chce zwiększyć przychody. Jest to logiczne, jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi są metody jakimi próbuje to osiągnąć. W teorii prospołeczna partia chce, żeby państwo zarabiało na najuboższych, zamiast na wielkich koncernach i najbogatszych. Gdyby partia Kaczyńskiego rzeczywiście była prospołeczna, nie zwalniałaby z płacenia podatków budowaną właśnie w Polsce fabrykę niemieckiego koncernu motoryzacyjnego, lecz obłożył ją opłatami, które nie zmuszałyby go do podniesienia lub nałożenia nowych danin na swoich rodaków. Zwłaszcza tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem.



























