Listopad to miesiąc, w którym nasze myśli kierują się ku sprawom ostatecznym. Czas, kiedy przyroda zapada w zimowy letarg w wielu kulturach jest okresem refleksji nad tajemnicą śmierci. W cywilizacji chrześcijańskiej ma on jednak wymiar jedyny w swoim rodzaju.

Człowiek zawsze bał się śmierci. Niektóre ludy pogańskie oddawały jej cześć pod postaciami bożków. Dziś ludzie próbują sobie śmierć oswoić przez sprowadzenie jej do rangi produktu kultury masowej. Zwyczaj Halloween robi natomiast ze śmierci karykaturę. Nie sprawia to jednak, że człowiek jest na nią bardziej gotowy. Jak śpiewa Andrzej Kołakowski: ,,Przyzwyczajamy się do krwi, odzwyczajamy od cierpienia”. Na konsumpcyjnej pustyni jako oaza jawi się wołanie naszych ideowych ojców z Legionu Michała Archanioła: ,,Niech żyje śmierć, nasza słodka narzeczona!”. Człowiek XXI w. uzna to za głos szaleńców. Jak bowiem ta oglądana w filmach akcji i ośmieszana przez halloweenowe dynie może być słodką narzeczoną? Pojmie to tylko ktoś, kto nie ustaje w wędrowaniu przez codreanowskie trzęsawisko rozpaczy, zamiast nieświadomie zapadać się w nie coraz głębiej, tłumiąc bagienny fetor popkulturowymi perfumami.

Fakt, jak mówi Księga Mądrości, ,,śmierć weszła na świat przez zawiść diabła”. Ta sama księga wyjaśnia jednak: ,,A dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju”. Chrystus odniósł zwycięstwo nad śmiercią przez mękę i zmartwychwstanie. Nie bez powodu Konstantyn Wielki przed bitwą przy moście Mulwijskim, pod świetlistym krzyżem miał usłyszeć słowa ,,Pod tym znakiem zwyciężysz”. W tym triumfie udział mają nie ci zapatrzeni w wyreżyserowane zgony gwiazd kina, ale zafascynowani bohaterską śmiercią męczenników najważniejszej sprawy. Śmiercią, która otwiera bramę do życia. Śmiercią będącą niczym ziarno na żyznej glebie narodu. Jak to z resztą pisał sam Codreanu: ,,Legionista kocha śmierć, gdyż jego krew służyć będzie jako cement przy wznoszeniu gmachu legionowej Rumunii”. Ze zgonu Jezusa narodziło się życie dla Jego czcicieli. Śmierć córek i synów narodu wydaje dla niego zbawienne owoce w przyszłości. Dla ludzi wiernych idei, śmierć nie stanowi już przerażającego finału życia, zgubnej konieczności, czy paroksyzmu szatańskiej wściekłości. Dla współczesnego Legionisty, śmierć jest właśnie słodką jak miód narzeczoną, wytęsknioną przez lata walki, pracy i cierpień. Jej pocałunek to zwieńczenie ziemskiej wędrówki, to przejście do pełni Chrystusowego zwycięstwa, to rzucenie ziarna w czarną glebę tego świata, to położenie fundamentu krwi pod budowę wielkiego Narodu. Choć śmierć sama w sobie jest zła, bo stanowi owoc diabelskiej zawiści, to dzięki Bogu jawi się jako chwila triumfu. Jakże szaleć z gniewu i rozpaczy musi Lucyfer, widząc Boże dzieci, które nieustannie oskarżał, wstępujące do wiecznego życia, poprzez jego dzieło! Pamiętaj jednak, człowieku, aby przejść przez bramę śmierci, musisz najpierw umrzeć dla świata. Umrzeć dla jego żądz i zwodniczych idei. Umierać dla nich każdego dnia. Jak to ktoś kiedyś powiedział: ,,Jeśli umrzesz zanim umrzesz, to nie umrzesz kiedy umrzesz”.

Niech groby bohaterów nie będą tylko pamiątkami, a wznoszące się na nich krzyże pustymi symbolami. Oby przywodziły nam na myśl słodką narzeczoną, która czeka by nas wprowadzić do wiecznej chwały. Jak to pisał Jan Kasprowicz w ,,Hymnie Świętego Franciszka”:

Nie szukam–ci ja ulgi,

bom na to jest, by cierpieć,

a tylko–m wielce spragnion

wiekuistego Żywota,

którego bramy, pełne chwały Twej,

otwiera mi w tej chwili

siostrzyca ukochana,

przednia wśród Twoich córek —

Śmierć!

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię