Niegdyś stworzono utopijną ideę demokracji, w której wszyscy obywatele mają prawo decydowania o swoim kraju. Niegdyś tę złudną ideę wyniesiono na piedestał w Europie Zachodniej i okrzyknięto świętą. Niegdyś też dostrzeżono, że logiczna konsekwencja demokracji prowadzi do piekła i postarano się o odpowiednie narzędzia do realizacji tego celu, a największym spośród tych narzędzi stało się „demoniczne R”.

W Piśmie Świętym odnajdujemy obraz Szatana podczas kuszenia w Rajskim Ogrodzie. Przybiera on tam postać węża nie bez powodu. Wąż jest symbolem zarówno zdrady, jak i oszustwa. Potwierdzenie przekazu ukazującego Szatana jako „ojca kłamstwa” wprost mówi nam o tym, że największe zagrożenie ze strony sił piekielnych to nie zagrożenie fizyczne. Opętania mimo tego, że są efektowne i sieją grozę są jednym ze słabszych narzędzi Złego. Potrafią one bowiem sprowadzić ludzi niewierzących do Kościoła i zwrócić ich w stronę Boga. Najlepszym starobiblijnym narzędziem Szatana było kłamstwo, oszustwo i przekupstwo. Teraz jednak słudzy Szatana operują znacznie lepszymi narzędziami do niszczenia i degeneracji ludzkiej duszy. Mowa tutaj o relatywizacji moralnej.

Dobro i zło klasycznie reprezentowane są jako światło i ciemność. Dwa skrajne przeciwieństwa, które tak głęboko ze sobą kontrastują, że niemożliwe jest pomylenie jednego z drugim. Wybór zawsze jest prosty. Niestety życie realne odbiega nieco od tego klasycznego podziału na światło i mrok. W rzeczywistości dnia codziennego żyjemy w cieniu, który bardzo trudno jest zaklasyfikować do jednej ze stron. Większość naszych decyzji moralnych nie jest nieskazitelnie dobra ani zupełnie zła. Tak więc chcąc być ludźmi dobrymi, często jesteśmy skazani na rozdarcie i życie w niepewności. Takie życie jest trudne i wymaga poświęcenia. Jeżeli jednak chcemy być ludźmi dobrymi w oczach Boga i walczyć o miejsce u Jego boku to musimy podejmować ten ciężar każdego dnia na nowo. Stawiać stanowczym gestem granicę między dobrem a złem. Musimy wśród szarości naszych wyborów moralnych wyznaczyć granicę, po której przekroczeniu nasza decyzja zostanie, przez nas, uznana za złą.

I właśnie w tym miejscu, wśród potężnego dudnienia bębnów i ryku trąb, wkracza orszak Szatana ciągnięty przez wóz nazwany relatywizacją moralną. Relatywizacja moralna mówi, że tylko umowa społeczna między ludźmi jest podstawą kodeksu etycznego ludzi. To idea, według której nie istnieje żaden ponadludzki wyznacznik dobra. Skoro nie istnieje ponadludzki wyznacznik dobra, to znaczy, że powinniśmy, w myśl szeroko pojmowanej tolerancji łagodnie i delikatnie, stawiać granicę między dobrem a złem. Najlepiej na tyle delikatnie, żeby w razie niewygodnej sytuacji móc wyciągnąć z kieszeni gumkę do mazania i czym prędzej pozbyć się niewygodnej linii, a następnie narysować ją nieco dalej. Jednak nie podwyższać poprzeczki swojemu sumieniu, a obniżać. Z każdym kolejnym przemazaniem szarość, która jest przez nas jeszcze kategoryzowana jako dobro zaczyna coraz bardziej wpadać w czerń. Człowiek, stojąc w pustce bez wartości, która powstaje wskutek uznania człowieka za źródło zarówno wszelkiego zła, jak i dobra, zaczyna poszukiwać jakiegokolwiek punktu odniesienia do swoich przemyśleń. Punktu zero, który stanowiłby centrum, wokół którego przebiegałyby wszelkie rozważania. Pełni pustki i wymęczeni relatywizmem moralnym oraz przeświadczeniem, że nie istnieje obiektywne, ponadludzkie źródło dobra, decydujemy się przyjąć imperatyw hedonistyczny. To, co przyjemne dla mnie, jest dla mnie dobre. A w wydaniu „moralności ateistycznej” zostałoby wzbogacone o dopisek, że „nie jest złe dla innych ludzi”.

Większość osób stosujących relatywizm moralny sprzeciwia się piętnowaniu zła. Wykazują oni współczucie dla ludzi, którzy zbłądzili lub po prostu są zbyt słabi, by walczyć z własnym złem. Nie zauważają oni jednak, że współczucie dla zbrodniarza jest obrazą dla jego ofiary. Wyrozumiałość dla pedofila jest ciosem dla całej rodziny zgwałconego dziecka. Wyrozumiałość dla mordercy prawdopodobnie skończy się kolejnym mordem, a wyrozumiałość dla własnej słabości skończy się kolejnym gestem wyrozumiałości wobec następnej, większej słabości. Ta wyrozumiałość będzie się przesuwała w formie logicznej konsekwencji postawienia tymczasowej linii między dobrem i złem. Tymczasową linię można do woli przesuwać, zmieniać, modyfikować i wyginać.

Trudno jest osobę wyrozumiałą zaklasyfikować jako złą. Jeżeli jednak wyrozumiałość, łagodność i zrozumienie tyczą się zła należy uznać je jako cechy jednoznacznie złe. Tak samo, jak pomoc mordercy w ucieczce jest traktowane przez sąd jako współudział w zbrodni, tak moralna wyrozumiałość wobec zła powinna być traktowana jako zło. Dzisiaj, jednak gdy podważone zostały wszelkie możliwe wartości, wyśmiewane na co dzień są tradycje naszych przodków, a nasza wiara jest opluwana na takich spektaklach jak „Klątwa” trudno nie zauważyć jak głęboko zmieniła się nasza kultura.

W naszym społeczeństwie znaczna część, którą jeszcze kilkadziesiąt lat temu zaklasyfikowalibyśmy jako „inteligencję” odcina się od wiary i kieruje jak najdalej od stanowczych poglądów. Stoją oni wówczas z boku wszelki sporów, walk i demonstracji obśmiewając zarówno jedną jak i drugą stroną pusząc się swoim intelektem, który odróżnia ich od wściekłego motłochu. Ta odcięta część, która rości sobie prawo do mianowania się „inteligencją” w ogromnym stopniu kreuje umysły społeczeństwa w potężnej mierze zasilając kadrę nauczycielską. Stonowane poglądy zbliżone do centrum są, poprzez niepisaną umowę społeczną, uznawane za „właściwe” w gronie zarówno oświatowym, jak i naukowym. Poprzez takie „właściwe” zachowanie nauczyciele, zamiast wychowywać młodych ludzi na odpowiedzialnych Polaków, wychowują ich na dorosłych ludzi bez kręgosłupów moralnych o charakterze chorągiewek.

Takie właśnie chorągiewki są pierwszymi ofiarami relatywizmu moralnego, który jest doskonałym dziełem Szatana. Ludzie apriorycznie sądząc, że wyrozumiałość jest dobra błądzą z powodu braku stałej linii odgraniczającej mrok od światła. Z kolei brak tej linii wynika z relatywizmu moralnego i stanowi pole do popisu dla pokus, zła i nieprawości. To właśnie brak takiego moralnego muru sprawia, że Kowalski w kłótni z żoną decyduje się użyć argumentu siły. Sprawia także, że polityk decyduje się wziąć łapówkę, a policjant przymyka oko na działania mafii.

Dziś możemy obserwować, że granica dobrego smaku, wyczucia tego, co moralne, a co nie, przesunęła się znacznie w ciągu kilkudziesięciu lat. Wcześniej, pomimo działania aparatu komunistycznego zwalczającego Kościół, nie można było obejrzeć tak bluźnierczych wystąpień. Nie można było spotkać się z sytuacją, w której duża część społeczeństwa domaga się zdjęcia krzyża ze ścian szkolnych i przyjęcia islamskich imigrantów.

Nie możemy jednak walczyć z ludźmi, którzy ulegli ułudzie szatańskiej trójcy: demokracji, równości i relatywizmowi. Mimo tego, że ich idee są złudne, utopijne i nierealne, to jednak nie kieruje nimi zła intencja. Musimy walczyć z samą ideą relatywizmu moralnego. Włączać w dyskurs publiczny argumenty przeciwne relatywizmowi i ze wszystkich sił dążyć do tego, by sumienia ludzi nie usnęły w gnuśności. Musimy głośno przypominać, że Pismo Święte przedstawiało Szatana nie w postaci niedźwiedzia, który atakuje bezpośrednio, a węża, który atakuje podstępem. Pod płaszczykiem intelektualnego blichtru przemycane są hasła i wartości mające na celu zniszczenie podziału na dobro i zło. Podziału, bez którego świat, jaki znamy zmieni się w biblijne piekło.


2 KOMENTARZE

  1. “Dwa skrajne przeciwieństwa, które tak głęboko ze sobą kontrastują, że niemożliwe jest pomylenie jednego z drugim.” Ja w każdym razie nie wiem, jakie postępowanie w niektórych sprawach Bóg uważa za słuszne? Chodzi o przypadki np. wojen. Czy można zabijać na wojnie tych zdrajców i wrogów Ojczyzny a jak tak, to kogo do nich klasyfikować? Jest tyle różnych sytuacji.

    • Myślę, że musimy się w takim wypadku kierować głosem sumienia. Wojna jest specyficzną sytuacją, ale gdybym ja miał przytoczyć jakąś uniwersalną zasadę moralną to był bym skłonny do unikania zabijania (lepiej stosować kary adekwatne do czynu) jeżeli tylko nie jest to koniecznością. Zabicie na wojnie może być jednak koniecznością gdy od tego czy zabijemy zależy los innych ludzi. Jeżeli nasza łaska poskutkuje zbombardowaniem całego miasta to nie będzie to zachowanie etyczne. Tak naprawdę jednak zawsze będziemy zawieszeni w pewnym stopniu w niepewności. Najlepiej powierzyć się Bogu i liczyć, że On pokieruje nami. A decyzja która zapadnie w trakcie modlitwy będzie słuszna.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię