Wiele w ostatnim czasie mówi się o stanowisku, jakie powinien zajmować Obóz Narodowo-Radykalny względem ciągle zmieniających się warunków gospodarczych.  Potępienie bezideowego materializmu i konsumpcjonizmu stanowią tutaj podstawę naszych rozważań. Często jednak możemy odnieść wrażenie, że dostrzegamy tylko i wyłącznie moralną i społeczną wartość naszych postulatów, a ideologia wolnorynkowa, która zbiera w obecnych czasach zatrważające żniwo wśród naszych młodych kolegów i koleżanek, jest dla nas potworem, z którym ciężko sobie poradzić na gruncie tematyki gospodarczej.

Zupełnie niepotrzebnie, jeżeli możemy dziś z perspektywy czasu popatrzeć na ciężkie doświadczenia gospodarek dotkniętych zbyt dużą liberalizacją w zakresie rozwiązań instytucjonalno–prawnych.  Papież Leon XIII pisze w encyklice Rerum Novarum o tym, że ani praca bez kapitału, ani też kapitał bez pracy istnieć nie mogą. Jako Narodowi Radykałowie, nie możemy opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu między kapitałem a pracą, ale budować te niełatwe relacje na drodze wykuwania solidaryzmu narodowego i poczuciu współodpowiedzialności za dobro wspólne. Drogą  do dobrobytu narodowego, nie jest dzisiaj zatem socjalizm, który nie może być utożsamiany i ujednolicany z interwencjonizmem państwowym.

Spróbujmy więc zastanowić się jak prowadzić efektywną politykę gospodarczą w dzisiejszych czasach.  Bardzo łatwo jest nam dzisiaj doktrynalizować, przyporządkowywać odpowiednim kierunkom myślenia, doktrynom konkretne postulaty itp. Tymczasem warto  się zastanowić co sprawi, że ogólny standard życia się poprawi, firmy zaczną się rozwijać i zatrudniać więcej pracowników?  Jedynym uznanym kierunkiem działania przez poważnych  współczesnych ekonomistów, którzy w dalszym ciągu korzystają z dorobku naukowego brytyjskiego przedstawiciela na konferencji wersalskiej, Johna Maynarda Keynesa, jest rozwiązywanie problemów gospodarczych poprzez neutralizowanie tak zwanych cykli koniunkturalnych.  Czy postawieniem na piedestale konsumpcjonizmu będzie myśl o tym, aby rząd zatroszczył się o to, by gospodarka nie cierpiała na brak dostatecznego popytu i wykorzystywała pełne moce wytwórcze?  Wielki Kryzys lat trzydziestych przyniósł pełny obraz tego, czym kończy się zbyt duża liberalizacja unormowań prawnych, w których obrębie swoją działalność prowadzą banki.  Jednocześnie przyczynił się do wielkiej makroekonomicznej burzy mózgów nad tym, jak wyprowadzać gospodarkę z recesji.

Jak z niej wyjść? Rozwiązując problem fluktuacji popytu.  W połowie 1939 roku gospodarka Stanów Zjednoczonych, najgorszy okres miała za sobą, bezrobocie w dalszym ciągu wynosiło 11 punktów procentowych. Optymizm po wprowadzeniu New Deal, znacząco podupadł, kiedy przyszła druga fala kryzysu. Po kolejnych dwóch latach nastąpiło jednak odrodzenie, boom, w czasie którego bezrobocie zaczęło spadać w rekordowym tempie. Co takiego się stało? Ktoś wreszcie zaczął wydawać wystarczającą ilość pieniędzy, aby rozhuśtać gospodarkę, a tym kimś było państwo. Bezpośredni wpływ na to miały wydatki związane ze zbrojeniami w czasie drugiej wojny światowej. Jeszcze długo przed atakiem na Pearl Harbor, wydatki na obronność znacząco wzrosły, ponieważ Ameryka zaopatrywała swoich europejskich sojuszników w sprzęt wojenny. Okręty i różnego rodzaju broń wysyłano do Wielkiej Brytanii na mocy ustawy Lend-Lease-Act. Kolejnym wydatkiem było pospieszne budowanie obozów dla mobilizowanych rekrutów. Wydatki, związane z armią, poprawiły standard życia amerykańskich rodzin, ponieważ powstały nowe miejsca pracy. Po pewnym czasie, w wyniku tego (a nie jakiegoś promowania konsumpcjonizmu), wzrosła także konsumpcja, która w późniejszym okresie została ograniczona w sposób scentralizowany, w związku z programem racjonowania. Właściciele firm z zachwytem zacierali ręce, obserwując wzrost dochodów, sami przy tym zaczęli wydawać więcej. Nagle kryzys się skończył. Z ekonomicznego punktu widzenia, nie miało znaczenia, że wydatki państwa miały związek z działaniami wojennymi, a nie wewnętrznymi. Wydatki kreują popyt, obojętnie na co są przeznaczane.  W czasie Wielkiego Kryzysu nie brakowało ekonomistów, którzy przestrzegali przed zbyt hurraoptymistycznym wydawaniem pieniędzy publicznych. W rezultacie programy w ramach New Deal realizowano na zbyt małą skalę, zbyt delikatnie w stosunku do ówczesnej recesji. Groźba wojny ostudziła głosy fiskalnego konserwatyzmu i dała szansę na odbicie. Również dzisiaj to konserwatywnej myśli przypisuje się ideę zrównoważonego budżetu, gdy tymczasem jest to sztandarowy postulat liberalnej klasycznej szkoły ekonomii! Najśmieszniejszy jest fakt, że kiedy dzisiejsi liberałowie powołują się na takie postacie jak Ronald Reagan czy Militon Friedman,  skrzętnie ukrywają fakt, że to właśnie ci panowie rozpoczęli deregulację i liberalizację rynków finansowych, która dała instytucjom finansowym wolną rękę przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, a także zgodę na udzielanie tak zwanych śmieciowych kredytów osobom typu ninja (no income, no job, no assetts).

Procederu tego oczywiście nie dokonano tylko w USA, ale praktycznie w całym świecie zdominowanym przez plutokrację. Dopiero następstwem tych decyzji są wielomilionowe długi państw, które ratują upadające banki, tworząc  instytucje zwane „pożyczkodawcami ostatniej instancji”, po to, aby unikać zjawiska „runu na bank”!  Pieniądz fiducjarny (niemający pokrycia w złocie) demonizowany jest dzisiaj często, jako swego rodzaju artefakt wolnomularstwa i innych z tej tajemniczej drużyny,  natomiast tak naprawdę jest złotym środkiem do rozwiązania problemu niewystarczającego popytu, o którym pisał Marks, twierdząc że klasa proletariatu zarabia za mało, aby kupić towary produkowane przez kapitalistów i tworzenia się tym samym szoków popytowych.  Wszystko to jest „wodą na młyn” dla zwolenników interwencjonistycznego podejścia do gospodarki. Zwolennicy teorii biernego oczekiwania, opowiadający o tym, że rząd powinien dać spokój gospodarce, uważają, że powinniśmy skupić się tak jak konsekwentny pokerzysta na wynikach w długim okresie.  My jako zwolennicy aktywnej roli państwa, powinniśmy wyśmiewać tę teorię, kiedy za przeciwwagę możemy wskazać palcem na miliony pogrążonych w kryzysie istnień ludzkich.

To samo miał na myśli Keynes pisząc: „Długi okres błędnie opisuje stan rzeczy. W długim okresie wszyscy jesteśmy martwi. Należy uznać, że ekonomiści wyznaczają sobie zbyt łatwe i zbyt nieprzydatne zadania, jeżeli w burzliwych czasach  potrafią powiedzieć nam tylko tyle, że po ustaniu sztormu znów będzie spokojnie”.

Państwo może bezpośrednio lub pośrednio wpływać na rozmiary globalnego popytu i dochodu narodowego. W pierwszym przypadku państwo, finansując zakup dóbr i usług, jest ostatecznym nabywcą wartości zaliczanej do dochodu narodowego. Transferując pieniądze, państwo działa w sposób pośredni, powiększając dochody podmiotów, które te transfery otrzymują. Dochód narodowy, oprócz dóbr i usług zakupionych przez państwo, obejmuje wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych, a także zakupy dóbr inwestycyjnych. W modelu tym gospodarka znajduje się w stanie równowagi, o ile globalny popyt i globalna podaż dóbr konsumpcyjnych i inwestycyjnych  jest do siebie dostosowana.  Rynek natomiast nie posiada mechanizmu, który wiązałby ze sobą ilość inwestycji w stosunku do oszczędności. Inwestycje zależą od oczekiwań biznesu oraz preferencji płynności kredytobiorców. Preferencje te określa stopa procentowa. O ile pewne jest, że długotrwały wzrost dochodu, pociągnie za sobą równocześnie i proporcjonalnie coraz większy wzrost oszczędności, nie ma żadnej gwarancji, że wzrosną również inwestycje. „Nieskrępowany” kapitalizm skazany jest na systematyczny brak popytu, co wiąże się z przewlekłym bezrobociem.  Konsumenci, firmy i państwa zaczynają stosować politykę „zaciśniętego pasa” i wydają zbyt mało. Gwałtownie spadają wydatki na dobra konsumpcyjne. Dochodzi do zmniejszenia nakładów inwestycyjnych. Nie jest opłacalne inwestowanie w rozwój potencjału produkcyjnego, kiedy sprzedaż maleje. Wynikających z tego tytułu braków w dochodzie narodowym nie może „uratować” jego ostatni element, ponieważ wydatki publiczne z powodu spadku dochodów władz lokalnych również maleją. Zaistniała sytuacja przekłada się błyskawicznie na spadek zatrudnienia.  Jeżeli spada konsumpcja, firmy nie mają interesu produkować tego, czego nie sprzedadzą, nie mają więc interesu, aby trzymać pracowników, którzy nie przydadzą się w procesie produkcji. Stają się bezużyteczni. Aby przybliżyć problem, z którym według doktryny kapitalistycznej nie powinniśmy nic robić, w sposób bardziej zrozumiały przyjrzyjmy się historii pewnej spółdzielni zajmującej się opieką nad dziećmi. Tworzyło ją około 150 par, które opiekowały się nawzajem swoimi dziećmi, oszczędzając tym samym pieniądze, które musiałyby wydać na zatrudnienie opiekunki. Plusem były duże rozmiary spółdzielni. Dzięki temu zawsze istniało spore prawdopodobieństwo, że ktoś da radę zaopiekować się dzieckiem, wtedy kiedy akurat będzie to przydatne. Problemem był oczywiście sprawiedliwy podział obowiązków. Należało znaleźć taki, aby każdy miał takie same obowiązki i korzyści. Rozwiązaniem miał być system kuponowy. Każda para wstępująca do spółdzielni otrzymywała 20 kuponów o równowartości 30 minut opieki nad dzieckiem każdy. Oczekiwano, że w momencie odejścia ze spółdzielni zwrócona zostanie dokładnie taka sama liczba kuponów. Rodzic, który oddawał swoje dziecko pod opiekę, zobowiązany był uiścić „opłatę” w formie odpowiedniej ilości kuponów. Mechanizm ten miał gwarantować, że pary udzielać będą pomocy, tak samo często, jak same będą jej potrzebować, gdyż wymuszał to obieg kuponów. Po pewnym czasie pojawiły się pierwsze trudności. Okazało się, że przeciętna para, próbuje oszczędzić odpowiednią dla siebie ilość kuponów (na przykład w celach awaryjnych, jeżeli chciałaby wyjść z domu kilka wieczorów z rzędu). Kuponów w obiegu było zbyt mało, aby zaspokoić rezerwy przeciętnej pary. Opiekunowie, zaniepokojeni niskim stanem rezerw, niechętnie wychodzili z domu. Niestety, ponieważ większość par postępowała w ten sposób, spadła też możliwość zarobienia kuponów, ponieważ, pary nie wychodziły z domu. Ogólna liczba świadczeń związana z opieką nad dziećmi spadła. W spółdzielni doszło do poważnego kryzysu. Zażegnano go, dopiero kiedy kierownictwo uznało, iż należy zwiększyć podaż kuponów.

Opisana sytuacja stanowi miniaturowy, aczkolwiek prawdziwy przykład gospodarki pieniężnej, i mimo że brakuje jej cech wielkiego systemu, jakim jest gospodarka światowa, pozwala ona uzmysłowić przeciętnemu słuchaczowi, co poszło w niej nie tak. Chodzi więc o prostą zależność: ‘Twój wydatek jest moim dochodem, a mój wydatek jest twoim dochodem”. Na podstawie tej mikroskopijnej historii można wysnuć trzy ważne wnioski w kontekście gospodarki. Poziom popytu w ogóle może okazać się zbyt mały. Oszczędność kuponów przez jedne pary, nie doprowadziła do wzmożenia wydawania tych kuponów przez inne pary. Stało się wręcz odwrotnie. Spadek liczby zapotrzebowania na opiekę zdeterminował fakt, że inni zaczęli wydawać jeszcze mniej. Ludzie nie wydają akurat tyle, aby optymalnie wykorzystywać potencjał produkcyjny gospodarki, pomimo faktu, że liczba „kupionych” kuponów w każdym miesiącu, musiała być równa liczbie kuponów „sprzedanych”. Niewykorzystany potencjał produkcyjny będzie obniżać dochody, aż zrówna je z poziomem wydatków. Warto zauważyć, że spółdzielnia nie cierpiała dlatego, że któraś z par zaniedbywała swoje obowiązki, źle do nich podchodząc. Nie były problemem hojne dotacje od państwa, które zniechęciłyby do podejmowania pracy. Problemy nie były też karą za zbytnią rozrzutność w przeszłości. A jednak stało się. Spółdzielnia przestała działać w sposób pożądany. Podaż kuponów była zbyt niska, czego efektem był jeden wielki bałagan.  Pojedynczy członkowie owego przedsięwzięcia próbowali dokonać pewnej korzystnej dla siebie rzeczy, natomiast nie przewidzieli tego, że jako grupa nie są w stanie tego osiągnąć.  Podsumowując, jako oddzielną kwestię powinniśmy traktować hedonizm materialny, promowanie beznadziejnego stylu życia, którego sensem jest konsumpcja. Pamiętajmy, że sama w sobie prócz oszczędności i inwestycji jest składową dochodu narodowego. Im więcej transakcji kupna i sprzedaży tym lepiej dla gospodarki.  Oddzielną kwestią pozostaje konieczność stworzenia takiej gospodarki, w której tzw. mnożnik wydatkowy (przeczytaj!)  wpływa na dochody polskiej gospodarki, a nie zagranicznych korporacji, które w sposób dziecinnie prosty wyprowadzają z naszej ojczyzny wielki kapitał. Oddzielną kwestią pozostaje fakt, że rządy państw wykorzystują cykl koniunkturalny do tego, aby manipulować gospodarką w okresach przedwyborczych (np. poprzez radykalne obniżanie stopy dyskonta i stopy lombardowej, co powoduje spadek stopy procentowej na rynku pieniężnym i w krótkim okresie nakręca gospodarkę), co w długim okresie często prowadzi do spadku wartości pieniądza. Oddzielną kwestią pozostaje fakt, że niekompetentna polityka może być przyczyną jeszcze większych szkód niż leseferyzm. Mądre zarządzanie pustym pieniądzem, mądra polityka gospodarcza stawiająca interes naszego Narodu na pierwszym miejscu, jest naszym wielkim zadaniem. Zapamiętajmy, że wraz z odejściem światowej gospodarki od standardu złota, zmieniły się również reguły rządzące gospodarką. Era socjalizmu i kapitalizmu to era wierzeń w cudowne rozwiązania, które w dzisiejszym skomplikowanym świecie nie zdadzą egzaminu albo w ogóle, albo w określonych momentach czasowych. Nie mówmy dzisiaj o tym, że czerpiemy cokolwiek z socjalizmu, który sam w sobie prowadził do nieracjonalnej alokacji zasobów, był systemem dalece nieefektywnym. Skupmy się na jak najbardziej efektywnym wykorzystaniu czynników produkcji, jakimi są: praca, ziemia i kapitał. Nie mam tu na myśli tylko gospodarki, ale choćby pracę na rzecz naszej organizacji, której efektem końcowym ma być Wielka Polska. Nie ma powodu, abyśmy siedzieli w domu, jeżeli mamy czas na efektywną działalność, tak samo, jak nie ma powodu, aby w gospodarce utrzymywać wysoki poziom bezrobocia.

Łukasz Szulowski

7 KOMENTARZE

  1. Dajcie już spokój z tą teorią;/ Niech się za ekonomię biorą ekonomiści PRAKTYCY, którzy siedzą w tym 10-20 lat a nie ludzie którzy złapią jakąś książkę/artykuł i powtarzają frazesy o narodowym solidaryzmie, socjalizmie, kapitalizmie. A ktoś z naszych wyśmienitych teoretyków potrafi rozwinąć te pojęcia, które ostatnio stały się tak modne na portalu??? Wątpię. Skrajność gospodarcza(jedni murem za lewactwem, drudzy za prawactwem) jaka tu się ostatnio wyprawia jest przerażająca.

    • Widać, że nie przeczytał kolega wszystkich artykułów, bo co najmniej 2 teksty w ostatnim czasie krytykowały doktrynerstwo i ślepe popieranie lewactwa albo prawactwa.

    • Problem jest taki, że polscy ekonomiści praktycy zajmujący się ekonomią przed 1989 r. to absolwenci WSzPiS więc siłą rzeczy są słabi w nowszych trendach, a Ci późniejsi są tak zaczarowani kapitalizmem, że ekonomię społeczną, behawioralną i marketing personalny uważają niemalże za herezję.

  2. Nie wiem czy kolega Łukasz zauważył, ale artykuł wydaje sie byc obiektywny i zaskakujaco swiezy. Moze jest troche za dlugi i nie przeczytales uwaznie

  3. To nie artykuł, to mini książka 🙂 Przeczytałem cały. Opłacało się. Ciekawy. W pamięci pozostanie teoria o potrzebnej interwencji państwa w czasach trudnych ekonomicznie. A ja zadam pytanie: jak to jest, że w Polsce mamy niezły (na skalę europejską) wzrost gospodarczy, a słabą (na skalę europejską) poprawę (właściwie pogarszanie się) standardu życia?

  4. Lukaszu tekst jest bardzo dobry. A co do twojego wywodu niech sie zajma ekonomia ludzie co sie na tym znaja yo jakos nie widze ich dzialania. Podobno caly czas tym sie zajmuja specjalisci i co? Marne te ich efekty!!! A moze poprostu to tacy swietni ekonomisci?

  5. Ja widzę w tej teorii pewną dziurę. Nie uwzględnia się automatyzacji produkcji, która powoduje że nawet znaczny wzrost produkcji wcale nie musi podnieść zatrudnienia (tendencja jest wręcz odwrotna – im bardziej wzbogaci się “producent”, tym bardziej automatyzuje i “zwiększa wydajność” w wyniku czego zatrudnienie stale maleje zamiast rosnąć mimo rosnącej produkcji). Zawsze zyskują tylko i wyłącznie właściciele biznesów produkcyjnych.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię