W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku rozpoczęła się dla wielu obywateli Rzeczypospolitej najtragiczniejsza podróż w życiu – podróż w jedną stronę na “nieludzką ziemię”. Mowa tu oczywiście o pierwszej z serii sowieckich deportacji w głąb Syberii.
Jednak cała ta gehenna polskiej ludności na Kresach, miała swój początek wcześniej. Mianowicie 5 grudnia 1939 r., kiedy to Biuro Polityczne KC WKP(b) wraz z Radą Komisarzy Ludowych ZSRR, podjęły decyzję o usunięciu z okupowanych ziem tzw. „elementów niepewnych„ /uchwała nr 1001-558 ss o wysiedleniu osadników i służby leśnej z zachodnich obwodów tzw. Białoruskiej i Ukraińskiej SRR./. Do całek akcji przygotowano się dokładnie. Na mocy uchwały Narkomatu Wnutriennych Dieł nr 2001-588, specjalne szkolenia przeszła kadra ponad 120.000 politruków, którzy wzięli udział w dalszych deportacjach. Opracowano szczegółowe wytyczne gromadzenia w każdym okręgu deportacyjnym odpowiedniej liczby: furmanek, podwód, sań, samochodów niezbędnych do przewiezienia do wagonów danej liczby “specposieleńców”. Wedle szacunków, do każdego wagonu miano załadować około 10 rodzin, co biorąc pod uwagę ówczesne realia, wynosiło około 50 osób. Eszelon z deportowanymi, zgodnie z instrukcją, miał się składać z 55 wagonów, przewidywano jednak zwiększenie ilości wagonów do 75. Każdemu takiemu transportowi, który składał się z bydlęcych wagonów towarowych, miał towarzyszyć jeden wagon osobowy dla eskorty oraz jeden wagon sanitarny. Wedle wcześniejszych dyrektyw każdemu deportowanemu przypadać powinien jeden ciepły posiłek dziennie oraz porcja 800g chleba. Jednak rzeczywistość okazała się znacznie bardziej brutalna. Ciepły posiłek w postaci zupy przydzielany był zazwyczaj co kilka dni. Natomiast dzienne normy żywieniowe ograniczały się do ciepłej wody i kilku bochenków chleba na wagon. Również warunki w jakich przewożono deportowanych urągały wszelkim normom. Wagony jakimi przewożono zesłańców były nieocieplanymi, brudnymi wagonami towarowo – bydlęcymi, specjalnie przygotowanymi do przewozu ludzi. Podstawowym „wyposażeniem„ każdego z nich był kubeł lub blaszane korytko (ewentualnie wycięta w podłodze dziura) przeznaczone do załatwiania swych najpilniejszych potrzeb fizjologicznych oraz żelazny piecyk tzw. ”koza”, której z braku węgla, drewna lub innych łatwopalnych materiałów przeważnie nie używano. Podróż, która zajmowała zazwyczaj od kilku tygodni do ponad miesiąca czasu odbywała się w przeważnie zaplombowanych wagonach. To właśnie one stały się pewnego rodzaju domem dla transportowanych w nim ludzi. To tu rozgrywały się przerażające sceny, z jednej strony ludzie umierali z wycieńczenia, mrozu i chorób, ale też rodziły się dzieci. Niestety noworodki skazane zazwyczaj były na pewną śmierć gdyż brud i brak pożywienia zbierały swoje żniwa. Z relacji świadków, którym udało się przeżyć piekło takiego transportu wiem, iż organizowano specjalne postoje podczas których wagony były otwierane i wyciągano z nich zwłoki dzieci oraz dorosłych, które przez kilka dni znajdowały się w wagonie razem z pozostałymi przy życiu zesłańcami. Wybór właśnie takiej brutalnej formy transportu miał, wedle planów NKWD, zagwarantować przyśpieszoną eliminację najsłabszych jednostek, które z pewnością nie przeżyłyby na miejscu kilku najbliższych tygodni. Podczas transportu surowo zakazane było zbliżanie się do okien. W trakcie dłuższego postoju, który zazwyczaj odbywał się poza miastem, zamknięci w wagonach ludzie niejednokrotnie zbliżali się do okien w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza. Takie zachowanie kończyło się niemal natychmiastową interwencją strażnika. Ci, którym udało się przeżyć trudy podróży trafiali do kompletnie nieznajomego sobie miejsca, gdzie w warunkach nieprzystosowanych do funkcjonowania, przyszło im spędzić najbliższe lata lub jak to miało miejsce w wielu przypadkach – pozostać tam na stałe.
Deportacje Sowieckie, których zarys przedstawiam, miały miejsce na przestrzeni lat 1940-1941 i dotknęły głównie mieszkańców Wschodnich Kresów IIRP. Możne je podzielić na cztery główne etapy, których pierwszy rozpoczął się w trakcie mroźnej nocy z 9 na 10 lutego 1940r. Objęła ona głównie ludność miejscową. Polacy stanowili w tym kontyngencie 70% wszystkich wywożonych, pozostałe 30% to ludność białoruska i ukraińska. Za głównych “wrogów ustroju” zostali uznani urzędnicy państwowi, osadnicy wojskowi, pracownicy służby leśnej oraz PKP. Wywózce podlegały całe rodziny, bez żadnych wyjątków. Według tajnych protokołów NKWD w trakcie pierwszej z czterech wielkich deportacji, wywieziono w głąb Związku Radzieckiego około 140 000 osób. Zesłańców z tych transportów rozlokowano w Autonomicznej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, w północnych obwodach RFSRR: archangielskim, czelabińskim, czkałowskim, gorkowskim, irkuckim, iwanowskim, jarosławskim, kirowskim, mołotowskim, nowosybirskim, omskim, swierdłowskim i wołogodzkim. Ponadto zesłańcy trafili do Jakuckiej oraz Baszkirskiej Autonomicznej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Na miejscu na transportowanych czekały nie tylko fatalne warunki atmosferyczne w postaci przenikliwego chłodu i połaci śniegu. Czekała na nich również katorżnicza praca przy wyrębie lasów, oraz osady mieszkalne o charakterze łagrowym. To właśnie te czynniki spowodowały, iż śmiertelność w pierwszym z kontyngentów była najwyższa z pośród wszystkich. Wynosiła ona około 3-4% procent już w pierwszych miesiącach pobytu.
Kolejna ogromna deportacja odbyła się natomiast w dniach 13-14 kwietnia 1940r. Wysiedleniu podlegały rodziny wrogów ustroju: urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów oraz rodziny osób aresztowanych dotychczas przez NKWD. Druga deportacja była znacznie łagodniejsza niż pierwsza. Złożyły się na to czynniki zarówno naturalne, jak pora roku, oraz stopień tzw. “winy” deportowanych. O ile bowiem pierwsza wywózka klasyfikowała się wyłącznie do osad specjalnych to nowi zesłańcy, którzy przez NKWD określani byli jako „administratiwno-wysłannyje” podlegali jedynie przymusowemu przesiedleniu na nowe, wyznaczone miejsca stałego pobytu. Deportacja ta charakteryzowała się również znaczącym procentem wywożonych kobiet i dzieci, których odsetek przekroczył według różnych ustaleń ponad 70%. Szacuje się, że w trakcie drugiej deportacji wywieziono około 61 tysięcy obywateli Rzeczypospolitej. Przewożoną ludność lokowano głównie w Północnym Kazachstanie (w obwodach takich jak: akmoliński, kustanajski, pietropawłowski, karagandyjski czy semipałatyński). Wspominając w ten sposób o drugiej z serii czterech największych deportacji, warto nadmienić, iż w maju 1940 roku, w ramach uzupełniania kontyngentów lutowego i kwietniowego, wywieziono niewielkie grupy Polaków, Żydów i Białorusinów z powiatu białostockiego, lidzkiego i grodzieńskiego.
Trzecia z deportacji miała miejsce na przestrzeni od maja do lipca 1940r. Objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski przybyłych w czasie działań wojennych na tereny, które znalazły się potem pod okupacją radziecką. Władze radzieckie rozwiązały w ten sposób problem tzw. “bieżeńców” czyli ludzi, którzy w obawie przed wojskami niemieckimi uciekli na Wschód. „Spiecpieriesielency-bieżency” – jak nazwano ludzi objętych trzecią deportacją, osiedleni zostali w: archangielskim, czelabińskim, wołogodzkim, irkuckim, mołotowskim, nowosybirskim, gorkowskim obwodzie RFSRR a także w Kraju Ałtajskim i Krasnojarskim. Deportacja ta, która rozpoczęła się nocą z 28/29 maja trwała aż do końca lipca 1940 r. i pochłonęła ok. 79 tys. osób, głównie pochodzenia Żydowskiego.
W trakcie czwartej deportacji, która odbyła się na przełomie maja i czerwca 1941r. na wschód wysłano głównie ludzi pochodzących ze środowisk inteligenckich, rodziny kolejarzy czy też rodziny osób aresztowanych przez NKWD w trakcie okupacji Sowieckiej po 17 września 1939roku. Dotknęła ona szczególnie mocno Białostocczyznę, Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę. Natomiast cała akcja podzielona została na dwa osobne cykle. Mianowicie w maju rozpoczęto wysiedlenie ludności z tzw. Zachodniej Ukrainy, w czerwcu z Zachodniej Białorusi i republik nadbałtyckich – Litwy, Łotwy i Estonii. To właśnie ta podróż okazała się dramatyczna w skutkach dla największej ilości transportowanych. Wybuch działań wojennych pomiędzy Trzecią Rzeszą a ZSRR spowodował utknięcie pociągów i dość duże straty w ludziach – sięgające nawet kilkunastu procent całości transportu. Stało się tak, ponieważ stojące w miejscu transporty były łatwym celem dla pilotów Luftawaffe. Tych, których udało się dostarczyć na miejsce określono mianem „ssylno-posielency”, a czas ich zsyłki wyznaczono na 20 lat. Rozmieszczeni oni zostali w Ałtajskim i Krasnojarskim Kraju, Kazachskiej SRR, obwodzie nowosybirskim, oraz dorzeczu Katuni i Biji.
Dla wszystkich zesłanych w trakcie opisanych wyżej czterech deportacji ogromnym szokiem okazały się warunki w jakich niespodziewanie przyszło im od tej pory żyć. To natura okazała się jednym z głównych sprawców dramatu, czynnikiem zniewolenia: nie było od niej ucieczki. Nieprzebyta tajga, bezkresny step, mokradła czy wezbrane rzeki postrzegane były jako kolejni policjanci czuwający nad zesłańcami. Nawet jeśli w opisach z pobytu na zesłaniu pojawia się obraz tajgi-żywicielki, która stawała się ratunkiem dostarczając leśnych owoców, ptasich jaj, czy choćby brzozowego soku jako antidotum na szkorbut, to przecież konieczność korzystania z tej jej funkcji jest dowodem upodlenia, głodu, nędzy. Znaczna liczba osób, które trafiły na Syberię w trakcie Sowieckiej okupacji, nie miała już później okazji powrócić do Macierzy. Tysiące ludzi zmarło z wycieńczenia spowodowanego pracą w nadludzkim wymiarze, niedożywienia czy też próbując poprzez ucieczkę wydostać się z objęć Sybiru. Ze względu na brak w pełni wiarygodnych danych ciężko jest ustalić konkretną liczbę osób, które poniosły śmierć w trakcie samych transportów jak i podczas pobytu na zesłaniu. Wiadomo na pewno, że część ludzi, którzy zostali zesłani w głąb ZSRR zdołała opuścić “nieludzką ziemię” wraz z armią Generał Andersa. Było to około 115 tysięcy osób, w tym sporo dzieci. Następne 30 tysięcy uratowanych z łagrów to żołnierze armii Berlinga. Dodatkowo w latach 1945-1947 z głębi ZSRR przesiedlono do Polski 266 tysięcy osób. Byli to zesłańcy z lat 1939-1941 oraz ich dzieci. Spora jednak część z różnych względów pozostała w miejscach swojego zesłania, osiedlając się tam na stałe. Wielu z nich wsiąkło w kulturę i środowisko swojego miejsca pobytu. Większość jednak nigdy nie wyrzekła się polskości. Pielęgnowali ją w sobie mimo upływu lat i wielu przeciwności ze strony władz okazywanych na różne sposoby. To właśnie ich potomkowie często są dzisiejszymi repatriantami, którzy wracają do Polski. Tym ludziom, którzy pozbawieni zostali swojej Ojczyzny zbrodniczą decyzją władz Sowieckich, należy się dziś pomoc państwa Polskiego. Dlatego też środowisko Narodowe mając na uwadze głoszone przez siebie hasło “Chcemy Repatrianta, a nie imigranta” bacznie będzie się przyglądało treści nowej ustawy repatriacyjnej, którą przygotowuje obecny rząd. Natomiast w kontekście nachalnego wpychania przez Brukselę obcych nam kulturowo imigrantów z krajów arabskich i Afryki oczekujemy jeszcze większego zaangażowania obecnych władz w sprawy Polaków pozostawionych z dala od swojej Ojczyzny. Tak by nawet Ci, którzy z różnych względów nie zdecydują nigdy na powrót do Polski, mieli pełną świadomość iż Rodacy o nich nie zapomnieli.
Szymon Wilczak



























