Wspomnienia ppor. Józefa Przedpełskiego ps. „Sławek” (ur. 8.02.1921r)
Rodzina Przedpełskich to wiekowa polska rodzina wywodząca się z rycerstwa XIV-wiecznego herbu Jastrzębiec. Rycerze byli zwani przedpełami i pochodzili z płockiego. Z opowiadań rodziców pan Józef sięga pamięcią do Powstania Listopadowego i Styczniowego. Jego dziadek – Jakub, był powstańcem styczniowym. Niestety z walki nie powrócił, ponieważ najprawdopodobniej został wywieziony na Sybir. Syn pana Jakuba – Wincenty w wieku 4 lat, razem ze swoją matką dostał się do więzienia w Sieradzu. Carska policja w ten sposób terroryzowała rodziny, próbując wymusić rezygnację mężczyzn z udziału w powstaniu. Po zakończeniu powstania rodzina pana Jakuba została wypuszczona z niewoli. Wincenty Piotr Przedpełski miał 8 dzieci (4 chłopców i 4 dziewczynki). Najstarszy z nich – Zygmunt, był ojcem pana Józefa. Ukończył on gimnazjum w Sieradzu, gdzie osiedlili się przed I wojną światową. Pracował rok w zakładzie mechanicznym swego ojca. Z braku możliwości kontynuowania nauki i marnej sytuacji finansowej wyjechał do Lipawy, portu bałtyckiego na Łotwie i tam dostał się na statek handlowy jako mechanik. W ten sposób opłynął cały świat oraz poprawił swoją sytuację materialną. Po powrocie wyjechał do Kijowa i został studentem Politechniki Kijowskiej. Zaraz po tym jak skończył studia, dostał wezwanie do wojska oraz szkoły dla saperów.
Kiedy ją ukończył wybuchła I wojna światowa. Ojciec pana Józefa został wysłany na front. Walczył w terenie Karpat i okolic Przemyśla. W 1927 roku, po wybuchu rewolucji w Rosji udało mu się wycofać z wojska. Od razu udał się do swej ukochanej panny Antoniny Łojewskiej w Widnicy i tam wzięli ślub. Oboje wstąpili do Polskiej Organizacji Wojskowej. Pan Zygmunt zajmował się dywersją, a pani Antonina była magazynierką materiałów wybuchowych. W 1919 wywiad POW ostrzegł państwa Przedpełskich, aby uciekali, ponieważ grozi im aresztowanie. W ten sposób razem z 6-miesięcznym bratem „Sławka” powrócili do Polski. Nie odnajdując rodziny w Sieradzu wyjechali do Łodzi. Tam pan Zygmunt zaczął pracę jako inżynier przy budowie kolei, później w zgierskich zakładach chemicznych. W 1924 zaproponowano mu pracę przy budowie kanalizacji łódzkiej. W 1928 roku „Sławek” rozpoczął naukę w szkole im. Aleksego Zimowskiego. Uczęszczał tam również jego starszy brat, który później ukończył kurs pilotażu motorowego. W 1939 roku spotkał w Warszawie kapitana Witakowsksiego i wstąpił do szkoły oficerów lotnictwa. Po wybuchu II wojny światowej brał udział w ewakuacji samolotów z lotniska łódzkiego. W czasie wkroczenia wojsk rosyjskich dostał się do niewoli w miejscowości Podwołoczysk, a następnie miał być wywieziony na wschód. Na szczęście pewnej nocy udało mu się zbiec i powrócić do domu. „Sławek” po ukończeniu liceum dostał propozycję od dyrektora szkoły, aby udał się do majątku państwa Bursche – bardzo patriotycznej, polskiej rodziny i udzielał tam koledze Tadeuszowi korepetycji. Pan Bursche był prezesem zarządu fabryk Poznańskiego. Niestety musiał bardzo szybko stamtąd wracać, ponieważ w każdej chwili mogło dojść do wybuchu wojny. Pan Józef po otrzymaniu informacji od znajomego, że trwają szkolenia, sam zgłosił się do komendy Obrony Narodowej Łodzi, przy ulicy Jedenastego Listopada (teraz Legionów) pod dowództwem porucznika Kmiecika. Został dowódcą pierwszej warty. Posterunek numer jeden był przy komendzie. Numer dwa umiejscowiony był w dzisiejszym teatrze (kiedyś gmachu Niemieckiego Towarzystwa Śpiewniczego), gdzie schowano transformator. Kolejny posterunek był w składzie paliw płynnych. Czwarty posterunek znajdował się na przejeździe kolejowym, a ostatni przy wielkim zbiorniku gazowym.
Służba trwała 12 godzin, na jednej zmianie było 300-stu ludzi. W nocy z 5 na 6 września otrzymali rozkaz ewakuacji do Warszawy. Niemcy już podchodzili do Pabianic. Dowódcą pierwszej kompanii został plutonowy Strykier, a jego zastępcą mianowany został nasz bohater – „Sławek”. O godz. 3.15 w nocy nastąpił wymarsz. Uczestnicy byli uzbrojeni w karabiny oraz ostrą amunicję. Trzy kompanie dotarły do Placu Wolności. Po kilku minutach dowódcy i pozostałe dwie kompanie odeszły. Pan Józef czekał na obiecany powrót swojego przełożonego. Niestety nie doczekał się go. Do dzisiaj nie zna przyczyny, dlaczego tak się stało. Sam objął dowództwo nad kompanią i poprowadził ją przez Łowicz do Warszawy. Zajęło to dwa dni i trzy noce. Po jakimś czasie otrzymał informację, że dwie kompanie poszły przez Rawę Mazowiecką i dostały się pod ostrzał, w wyniku którego zginęło kilku ludzi. Gdy dotarli na miejsce, w Warszawie trwał szturm Niemców na ul. Grójecką i rozpoczynało się oblężenie. „Sławek” znalazł swoją ciotkę – Marię Berutową , która zaproponowała pustą salę w swojej szkole, gdzie kilku ludzi z kompanii mogło zostać na noc. W środku nocy pani Maria obudziła go z powodu bardzo dużego ostrzału artyleryjskiego i wyruszyli do Gawrolina. Ostatnia barykada na ul. Grochowskiej nie chciała ich wypuścić z miasta. Musieli zawrócić. Następnego dnia zdecydowali wyruszyć w stronę Radzymina. Niestety znów nie mieli możliwości opuszczenia miasta, więc zostali przyjęci do umocnienia obrony barykady. Po tygodniu zostali wycofani do koszar 30. Pułku Piechoty. Zbierane tam wojska miały zostać w nocy wyprowadzone do Gawrolina. Okazało się przed daną miejscowością, że właśnie trwa szybka ewakuacja i ponownie musieli zawrócić. Na barykadzie nie chcieli ich z powrotem wpuścić do Warszawy, ale zaangażowali się w pomoc sanitariuszom w noszeniu zmarłych, a do miasta dostali się właśnie wcześniej wspomnianą kolumną sanitarną. Ostatecznie „Sławek” został przydzielony do obozu uchodźców w Kościele św. Antoniego jako konwojent. Po zawieszeniu broni pan Józef pamięta pałac cały w płomieniach. Otrzymał od swej ciotki płaszcz, żeby zakryć mundur, następnie piechotą wrócił do Łodzi. Po drodze niemiecki żołnierz zabrał mu rękawiczki. Ojca i matkę zastał w domu, ale jego brat był w sowieckiej niewoli. Po powrocie brata, 9 listopada Gestapo aresztowało ojca pana Józefa. Był przetrzymywany w więzieniu w Radogoszczu. Zwolniono go po miesiącu. Niestety był tak skatowany, że nie miał już możliwości wstać z łóżka. Kilka dni później wrogie władze przyszły ich wysiedlić.
Narodowe Siły Zbrojne:
Kiedy „Sławek” pracował jako robotnik na placu węglowym, był również członkiem Związku Walki Zbrojnej w Stryszowie. Pewnej nocy przyszedł do niego cywil, który chciał się skryć, ponieważ była już godzina policyjna ( godz. 19.00). Okazało się, że mężczyzna ten działał w Narodowych Siłach Zbrojnych. Zaproponował panu Józefowi wstąpienie w ich szeregi. Został skontaktowany z redakcją gazety „Szaniec”, należącej do Obozu Narodowo-Radykalnego i w ten sposób nasz bohater zajmował się rozprowadzaniem jej. Maszyna drukująca znajdowała się w piwnicy. Na piętrze urządzono zakład stolarski, w którym pracowały piły tarczowe zagłuszające hałas drukowania egzemplarzy. Niestety po pewnym czasie drukarnia została odkryta przez niemiecką policję. Cztery osoby znajdujące się w tym czasie w budynku mimo podjętej walki zginęły. Nie przerwano jednak produkcji i rozpowszechniania „Szańca”. Zmieniono jego format, aby możliwe było drukowanie na zwykłej drukarce ręcznej. Pewnego dnia „Sławek” spotkał swoją szkolną koleżankę, pannę Pogorzelską. Jej ojciec był w Łodzi dyrektorem w tramwajach. Kiedy wysiedlili ich z miasta, zamieszkali w swojej willi w Warszawie. Dzięki swoim kontaktom pomogli znaleźć panu Józefowi pracę w Wydziale Gospodarczym Urzędu Szkolnego.
Powstanie Warszawskie:
W lutym 1944 roku „Sławek” się ożenił. Powstanie wybuchło pół roku później. 1 sierpnia był dla niego zwykłym dniem, gdyż Narodowe Siły Zbrojne nie zostały poinformowane o zrywie. Przyłączyły się do niego już w czasie trwania. O godzinie 16.15 nasz bohater wyszedł z biura, wspólnie ze swoją małżonką. Zdziwiły go puste i ciche ulice. Nagle na Marszałkowskiej dało się słyszeć serię z karabinu dochodzącą z niemieckiego, pancernego pojazdu. Od tego dnia już nigdy nie wrócił do swojego domu, ponieważ Ochotę zajęli Niemcy. Znalazł młodszego znajomego z czasów szkolnych, u którego mogli się z żoną chwilowo zatrzymać. Działał on w Armii Krajowej. Pan Józef długo nie czekając udał się do biura werbującego AK przy ulicy Krótszej. Został przyjęty do saperów. Była to bardzo ciężka i niebezpieczna służba. Przed pierwszą linią frontu zajmował się również gaszeniem pożarów oraz ochroną rannych pod ciągłym ostrzałem. Pan Józef był w bazie znajdującej się w centrum. W Śródmieściu trzy placówki w rękach niemieckich nie zostały odbite przez całe powstanie. Pierwsza to Narodowy Bank Polski, druga Dworzec Główny, a trzecią była poczta na rogu Nowogrodzkiej i Poznańskiej. Do 5 września „Sławek” działał w takich warunkach. Dodatkowo cały ten czas opiekował się ciężarną żoną. Kiedy nastąpiła taka możliwość pomógł jej przedostać się do mieszkania jej mamy, która była Warszawianką. Nie było możliwości powrotu tego samego dnia, więc został na noc. Następnego ranka potężny pocisk uderzył w ich dom. Niedaleko zatrzymał się pancerny pociąg, z którego wyszedł oddział SS. Wszystkim ludziom kazali wyjść z domów i poprowadzili ich na Wolę do kościoła przy ulicy Wąskiej. Najpierw wyprowadzono kobiety. Mężczyzn wygnali na kolej, gdzie zawieziono ich do Pruszkowa . Tam podzielono ludzi na trzy grupy: zwolnionych (starców i kobiety z dziećmi), zdolnych do pracy w Niemczech i osoby wysyłane do obozów koncentracyjnych. Tramwajarzy i kolejarzy nie rozdzielano od ich kobiet, dlatego jego żona znająca niemiecki powiedziała, że jest tramwajarzem. W ten sposób udało mu się uniknąć obozu koncentracyjnego. W zamian za to dostał się do berlińskiego obozu pracy, gdzie było pięciuset Polaków i sześćdziesięciu Ukraińców.
9 kwietnia 1945 roku urodził się panu Józefowi syn, tydzień przed rozpoczęciem szturmu na Berlin. Przez cały ten czas razem z żoną ukrywali się w piwnicy. Amerykańskie naloty odbywały się kilka razy dziennie. Rozpoczęła się bitwa o Berlin. Obóz był w pierwszej linii walk. Pan Józef szukał miejsca, skąd mógłby obserwować walkę. Okazało się, że pocisk trafił w miejsce, gdzie na pryczy przy oknie obserwował zdarzenia Ukrainiec. Proponował on wcześniej „Sławkowi”, aby się do niego przyłączył. Po zakończeniu bitwy cała rodzina piechotą udała się do Łodzi. Udało się im dotrzeć na miejsce. Po drodze sowieccy oficerowie chcieli zgwałcić jego żonę. Nie udało im się to. Matka pana Józefa uciekła z transportu. Została pojmana już 4 sierpnia 1944, po kilku nieprzyjemnych wydarzeniach wróciła i zajęła opuszczone łódzkie mieszkanie, więc cała rodzina miała gdzie się zatrzymać. Przy pomocy znajomego zajmującego się handlem pan Józef znalazł pracę. Dzięki temu rozpoczął nowe życie, które trwa do dziś.
Michał Pieczewski (Brygada Łódzka), Joanna Przywara (ONR Bielsko-Biała)
































Pan Józef doczekał się swojego kanału na YouTube 🙂
http://www.youtube.com/c/JózefPrzedpełski
Ależ tułaczka! Ale tak wtedy było. Polacy bez przerwy z frontu na front, z prześladowań w inne prześladowania. A ten kanał super, dzięki MANIEK.